MATOŁKOWATOŚĆ

Powiadają, że historia jest nauczycielką życia. A co, jeśli owa nauczycielka głucha, ślepa i w dodatku niema? Przynajmniej takie można odnieść wrażenie rozglądając się dookoła. W naszym kraju, w naszej rzeczywistości, obecnej rzeczywistości.

Bo pamięć miewamy krótką; operujemy stereotypami, z chęcią poddając się instynktowi stadnemu mimowolnie (lub celowo) tępimy indywidualizm. Zaś obawa wykluczenia ze stada, a także lenistwo przy wypracowywaniu samodzielnego oglądu, dodatkowo spycha nas w konformizm, wreszcie w cynizm lub żałosne miauczenie przed cielcem komercji.

O czym mowa? O polskiej literaturze współczesnej, a przede wszystkim o krytyce współczesnej, która – jeśli w ogóle istnieje – jest bytem wątpliwym. Choć mieszczącym się, używając terminologii fizycznej, w teorii chaosu.

Ciężkie to zarzuty, prawda, ale nie pozbawione podstaw. Przeto kilka tematów na rybkę.

Literatura od wielu, wielu dziesięcioleci miała pod górkę. W czasach zaborów wymagano od niej wyciągania szabel i pokrzepiania serc, po II wojnie światowej, to jest w czasie supremacji systemu totalitarnego, podporządkowywano się idei boju z tymże systemem. Czyli wciąż działo się tak, że skrobano piórami w imię czegoś lub przeciw czemuś. Słowem typowy sport walki – utajonej lub jawnej. Służba.

Owa służba, sankcjonowana też przez krytykę literacką, stała się na on czas normą. Nie tyle ważne były pytania pierwsze, stanowiące o istocie jednostki, co doraźna szarpanina ze zniewoleniem politycznym. Nawet czytelnik tego oczekiwał.

I raptem gruchnęło. Jak huragan przemknął osiemdziesiąty dziewiąty rok, budząc nas z ręką w nocniku.

Minęła dekada . Wydawać się może, iż to wystarczający czas, by otrząsnąć się z dosyć zastarzałych historycznie powinności i wreszcie, po wielu latach, wrócić do źródeł. Czyli zajmowania się (tworzenia literatury oraz jej komentowania) sprawami najistotniejszymi – to jest tym, co nas stanowi. Ale nie, mocno zakorzeniona mentalność niewolnicza przeniosła się do czasów nam współczesnych.

Bo oto nadal potrząsa się orężem służby – już to po staremu bogaojczyźnianie, już to po nowemu, w rytmie komercyjnego tanga. Jednak mechanizm wydaje się ten sam.

Na przykład słyszymy zawołania z medialnych katedr: dlaczego nie ma dzieł literackich dotykających wprost naszych czasów? Albo: gdzie utwory rozliczające czasy przeszłe?

Gdy tymczasem to chybione strzały, bowiem inne są powinności literatury (i w ogóle sztuki). Ona ma być dziedziną z definicji piękną, wolną od presji, twórczo poszukującą, nie zaś służebną jakiejkolwiek doraźnej potrzebie. Nie powinno się też zmuszać pisarzy do wiecznego udowadniania, że nie są wielbłądami.

I biedna krytyka się pogubiła. Poucza nieustannie, produkując oczekiwania niemal żywcem przeniesione z czasów przeszłych. Dołączając po drodze świeżo zadomowione w naszej rzeczywistości pretensje magla komercyjnego.

Kolejna przypadłość. Blablanie stadne. Jeden zacznie, drugi podchwyci i wkrótce mamy chór pseudokrytyków (wybaczcie te uwagi krytycy myślący samodzielnie, ale was na palcach policzyć) goniących za kolejnym bytem pustym. W mikserach medialnych podobne blablania uchodzą płazem. Więcej, majstrują sztucznie potrzeby nowe. Winduje się w hierarchiach pisarstwo utytłane politykierstwem, modą lub zwyczajnie artystycznie miałkie, za to podporządkowane gustom inercyjnego rynku. Głupieje przez to i tak zdezorientowany czytelnik, kołowacieją mniej odporni pisarze.

Dalej. Niskie morale i nikła wiedza recenzentów oraz krytyków. Często bez żenady jeden powiela paplaninę drugiego, nie podając źródła, przekręcając cytaty, zmieniając konteksty. Byle tylko odbić piłkę kolesiowi, zaistnieć, uszczknąć co z nie swojego stołu.

Trąbiąc kolejne nibyzmiany pokoleniowe żonglują (z niejaką wprawą) nazwiskami dyżurnymi, znacząco poklepują się wzajem po barkach.

Albo jeszcze inaczej. Jak w bajce La Fontaine’a o lisie i winogronach, gdy lis (tutaj krytyk) nie mogąc sięgnąć dojrzałych winogron (tutaj dzieł) wmawiał wszystkim dookoła, że wysoko rosnące owoce są kwaśne, w ogóle nie nadające  się do spożycia.

Cóż, rośnie nam nowa generacja recenzenckich Koziołków Matołków, przyprawiających gębę literaturze. Dlatego – operując skrótem – zarzucam dzisiejszej krytyce literackiej   m a t o ł k o w a t o ś ć.

 

LEP

Słów kilka o kontaktach z mediami. To dziedzina grząska, niczym bagno. I łatwo dajemy w medialnym bagnie pogrążyć. My, pisarze. Czasem nieświadomie, czasem przez wyrachowanie, a bywa iż przez naiwność.

Wiadomo co nami powoduje. Myśl o tym, że nagłośnienie przynosi szansę zwiększenia popularności, a przynajmniej wzmoże zainteresowanie naszymi płodami. Bywa przecież, że po marszu przez szpalty (lub telewizyjne okienka) rośnie sprzedaż książek. Częściej zapraszają nas na spotkania, łaskawszym okiem popatrują wydawcy. Słowem oczekiwanych profitów sporo. Nie wspominając o zaspokojeniu – nie krygujmy się! – miłości własnej. I wyłączam tu, z powodów oczywistych, kategorię hołdujących zasadzie „źle czy dobrze, byle z nazwiskiem”.

Czyta (lub ogląda, lub słucha) później jeden z drugim i nie może uwierzyć, iż tak się zbłaźnił. Wypowiedź okrojono, przekręcono, poszatkowano lub przez dodanie niekontrolowanych kontekstów zmieniono sens. I zaczyna się zgrzytanie zębami lub płacz. „Jak mogli? Na kompletnego durnia wyszedłem! W jakim świetle!? Ze wstydu chyba pod ziemię przyjdzie się zapaść!”

Wiem, co mówię. Świadczą o tym i moje grzechy. Popełnione z telewizją szczecińską, z Teleekspresem, z rozgłośniami radiowymi. Niestety, sporo ich było. A ledwie wczoraj nowa pokusa. Telefonowano z telewizji krakowskiej. Ponoć szykują program o środowisku artystycznym Kołobrzegu. Głos w słuchawce radośnie i słodko tokuje, tokuje, wreszcie pytanie: „Może przeczytałby pan coś swojego przed kamerą, podobno pan pisze?” Z powodów obyczajowych nie przytoczę mojej odpowiedzi…

Zatem warto uświadomić sobie cel takich kontaktów. Ale cel widziany z drugiej strony. Waszym rozmówcom, jakże często deprecjonującym zawód dziennikarza, nie idzie o prezentację Waszej sylwetki czy Waszej twórczości. Porzućcie złudzenia. Na ogół w nosie mają rzetelność później prezentowanego materiału. Pragną zrobić program lub wywiad dla zaspokojenia własnej wizji. Zwykle sprowadza się to do gromadzenia ciekawostek i efektownych bon motów. A będzie jeszcze lepiej, gdy „sprzedamy” choć odrobinę „mięsa” – czyli sensację jaką lub skandal. Gdyż jesteś tylko pretekstem. Chcą zabłysnąć cudzym kosztem. Twoim kosztem.

Nie mówię tu o prawdziwych dziennikarzach, bo i takich spotykałem. Ale to tylko garstka dla okrasy.

Dlatego, chcąc uniknąć wmanipulowania w niesmaczną sytuację, zawsze sprawdzaj. Pamiętając o przynajmniej kilku podstawowych zasadach.

Zasada pierwsza:

dowiedz się z kim rozmawiasz, kogo lub co dziennikarz reprezentuje. Nie musisz zaraz połykać każdy podstawiony mikrofon.

Zasada druga:

ustal jaki jest temat i do czego będziecie zmierzali.

Zasada trzecia:

nie daj się zwieść mętnymi grepsami i obietnicą gruszek na wierzbie. Pytaj o termin i miejsce emisji (lub druku) przygotowywanego materiału. Zastrzeż także sobie możliwość wycofania się, gdybyś uznał później, że gra nie warta jest świeczki.

Zasada czwarta:

sprawdź czy zabierający ci czas jest do rozmowy  przygotowany. Czy choć ogólnie zna Twoją twórczość. By nie dopuścić do żenującej wymiany zdań w rodzaju: „- Co pan ostatnio nowego napisał?  – A co starego ostatnio pani czytała?”

Zasada piąta:

nigdy nie wymądrzaj się i nie udawaj innego, niźli jesteś.  Żartować można, a nawet trzeba. Jednak pajacowanie zostaw showmanom.

Zasada szósta:

nie daj wymusić na sobie zachowań lub opinii budzących Twój wewnętrzny opór.

Zasad siódma:

zawsze żądaj adiustacji tekstu przed drukiem. Lub kopii nagrania rozmowy.

Przynajmniej od jakiegoś czasu tych zasad się trzymam. I nie najgorzej na tym  wychodzę. Jeśli spuścimy miłosierną zasłonę na moje niegdysiejsze samoośmieszenia.

Tak, tak, na medialnym lepie nigdy nie zabraknie złapanych much. I jeszcze niejeden gorzko zawoła: sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało!

KORUPCJA

Wydawca mojego wyboru wierszy opowiedział telefonicznie dziwną historię. Zdarzyło się to w trakcie rozsyłania do pism egzemplarzy promocyjnych książki. Otóż jeden z najbardziej prestiżowych dzienników polskich zażądał pieniędzy za napisanie i opublikowanie recenzji. Nie tyle gazeta, dokładniej mówiąc, co jeden z krytyków literackich tam zatrudnionych. Krytyk powszechnie znany i sporo drukujący – mniejsza tu o nazwisko.

Początkowo trudno było uwierzyć, a gdy w końcu uwierzyłem, sprawa została umieszczona w krainie zjawisk incydentalnych. Ot – przyszło na myśl – jakiś tam brzydki przypadek, nic więcej. Wszak statystycznie zgniłe jabłko znajdziemy w każdym koszu.

Aliści krótko potem trafił do rąk felieton Smecza, drukowany 12 – 13 czerwca 2004 r. w dodatku „Rzeczpospolitej” „Plus- Minus”. I co w nim znajduję? Koszmarną informację o powszechności tego zjawiska w środowiskach literackich. Trudno posądzić Smecza (mimo jego nieco malkontenckiej natury) o konfabulację. Czyliż kupowanie recenzji okazać się ma prawdą? Również finansowo frymarczy się tekstami krytycznymi? Bo o wygibasach koteryjnych wiadomo od dawna.

Nadal trudno mi było uwierzyć w taki stan rzeczy.

To tylko dwie opinie – powiedziałem sobie. Spokojnie. Może zbieg okoliczności wykrzywiający obraz. Potrzeba dodatkowych danych.

Rozpoczęło się dyskretne podpytywanie znajomych po piórze. Zasięgnąłem zdania siedmiu rozmówców. Osób ze sporym twórczym dorobkiem. A efekt „śledztwa” można byłoby sprowadzić do sumy, której towarzyszył uśmiech politowania (a czasem rozbawienia): „Naiwniaku, gdzieś ty się uchował ze swoimi wątpliwościami?”

Usiadłem zniesmaczony,  niemal załamany.

Czyli prawda. Choroba korupcji dotknęła i moje środowisko. Więcej. Jej nagminność jest też sankcjonowana milczącą zgodą obu stron. Bo nikt głośno nie protestuje, a jeśli nawet sprzeciwia się, to sprzeciw ten ginie bez echa.

Może jednak ktoś publicznie reagował? Nic o tym nie wiem, mało media śledząc.

Prócz skali zjawiska interesowały mnie też motywy i zauważalny początek. Motyw, jak w przypadku każdej korupcji, okazywał się oczywisty: pieniądze. W korupcję uwikłani bywają nie tylko krytycy i pisarze, ale też niektórzy wydawcy. Znane są też przypadki skorumpowanych tytułów prasowych. To zaklęty krąg wzajemnych uwikłań. Krąg mało baczący na wartości artystyczne czy intelektualne książek.

Jeden z moich znajomych, pierwotnie trochę nastroszony, lecz rozruszany gorzką żołądkową, powiedział: „Granica: start wolnego rynku, po 1989 roku. Przedtem można było zarzucić określonym krytykom najwyżej kumoterstwo, przysługi, swoisty „lobbing”, grę wpływów. Dziś biorą w łapę bez żenady, nachalnie. No i co zrobisz? Nie zapłacisz – książka w mediach przepadnie. Po prostu nikt jej nie zauważy. Nikt lub prawie nikt.”

„Dla takiego wydawcy na przykład – uzupełnił inny rozmówca – łapówki bywają „inwestycjami” topionymi w kosztach reklamy. I byle literacki knot podrasowany zostanie stosowną recenzją. Skorumpowany krytyk na kilkadziesiąt mil zwącha żer.”

„Z kręgu wyzwolić się mogą tylko nazwiska duże lub głośne (co nie zawsze w parze idzie). Resztę w rozmaity sposób nękają łapownicy – uderzając wprost lub aluzjami.”

„Nie powołuj się na mnie. Ja to już przerabiałem. Są nawet ustalone konkretne stawki. Żal, że d… ściska!”

Dość cytatów. Pojaśniało, czyli pociemniało.

I tak oto do skorumpowanych środowisk politycznych, prawniczych, medycznych, sportowych, oświatowych, świata biznesu, gospodarki (o czym powszechnie wiadomo) i jakich tam jeszcze doszlusowało zziajane środowisko literackie. Peleton korupcyjny coraz mocniej naciska na pedały. Wyścig trwa.

Czy jest tu jeszcze miejsce na pytania o etykę, o choćby elementarną przyzwoitość? Czy możemy wyobrazić sobie konsekwencje kulturowe unaocznionej gangreny? Cisną się na usta też uwagi inne. Wiele gorzkich słów. Jednak czytelnikom pozostawiam osąd czy uznać mnie należy za szerzyciela kolejnej teorii spiskowej, czy też mówię o (niejawnych) faktach.

HUMOR

Co znaczy śmiech? Cóż takiego tkwi w
śmieszności? Co by miały wspólnego mina błazna,
gra słów, qui pro quo z wodewilu, scena z wyrafinowanej komedii?

(Henri Bergson „Śmiech. Esej o komizmie”)
Zdumiewające, jak lekceważąco bywa pojmowany humor. Prędzej postrzega się w nim trzpiotowatość, niźli przejaw mądrości, chętniej widzimy go w roli pustego rozśmieszacza, niźli jako cechę pożądaną. Nawet dostępne słowniki redukują humor do błahostki. Czytamy na przykład w „Słowniku języka polskiego”*: humor – zdolność dostrzegania zabawnych stron życia, traktowanych zazwyczaj z wyrozumiałością i pobłażliwością; pogodny nastrój, wesołe usposobienie. A przecież taka definicja – jako mało ostra, a bez wątpienia szczątkowa – satysfakcjonować nie może.

Przy czym, rozważając zjawisko humoru, należy umieć oddzielić humor od ironii, sarkazmu czy drwiny. Ironia (a również sarkazm oraz drwina, choć w proporcjach różnych) z natury jest narzędziem agresji; ironia potrafi ranić, kaleczyć lub upokarzać. Ironią często posługuje się satyra, mająca za cel wyszydzanie lub ośmieszanie.

Inaczej postępuje humor. Śmiech przezeń wywoływany nie rani, nie  szydzi. Przeciwnie: uwalnia od niepokojów świata, ożywia, napełnia radością, a nawet leczy. Dzieje się tak dlatego, że jest ruchem na krawędzi sensu, ruchem umysłu potrafiącym tonować cierpienie. Słusznie przeto powiada Soren Kierkegaard: Właśnie dlatego, że humor zawiera zawsze jakiś skrywany ból, niesie z sobą również pewną sympatię, której pozbawiona jest ironia…

Skoro potrąciliśmy o filozofa. Filozofia również humoru doprecyzować nie potrafi. I nader rzadko z jego dobrodziejstw korzysta. Zaś sam humor z reguły szerokim łukiem omija. Ilustracją mogą być przepełnione solennością dzieła Georga W. Hegla lub Immanuela Kanta. Choć nie stronią od humoru na przykład – zaznaczmy dla równowagi – choćby David Hume i Michel de Montaigne. Z czasowo bliżej nas żyjących ciekawie o humorze pisał między innymi Zygmunt Freud (Humor ma nie tylko coś wyzwalającego , lecz nadto coś szlachetnego i wzniosłego).

Właśnie śmiech stroniący od pogardy, śmiech pozbawiony nienawiści jest tym rodzajem śmiechu, który budzi odruchy wdzięczności, wzmaga tolerancję. Stąd też nasze, nie zawsze uświadomione, upodobania w żartach braci Marx i Rolanda Topora, dlatego tak serdecznie bawi nas Woody Allen czy Aleksander Fredro.

Bowiem niewielką sztuką jest wzbudzić śmiech płaski, zwany rechotem. Wystarczy opowiedzieć dowcip o blondynce. Łatwo też wbić szpilę sardoniczną uwagą z trybuny sejmowej. Lub przedrzeźniająco wykrzywić twarz. Ale tego rodzaju zachowania, wbrew pozorom, nie mają nic wspólnego z humorem. To są przejawy kultury niskiej, nie budującej i nie krzepiącej.

Stąd między innymi moje pretensje do rodzimej literatury współczesnej. Bez trudu da się w niej dostrzec deprymujący przerost powagi. Stąd sprzeciw wobec społecznych mediów, operujących żartami niewybrednymi. Sławomir Mrożek i Kabaret Starszych Panów to za mało, by skłonić do refleksji nad klasą preferowanego obecnie humoru? Może mało, ale to przykłady z górnej półki. Naturalnie, dobrych przykładów znalazłoby się więcej. Choćby humor prezentowany przez zmarłego jedenaście lat temu Jerzego Afanasjewa, czy w poezji – przez Jana Twardowskiego.

I powrót do uwag wyjściowych. Rozumiem, że pojęcie humoru trudno usidlić jednoznaczną definicją. Dochodzą przecież jeszcze – mocno z humorem związane – pogranicza absurdu, groteski, purnonsensu. Lecz niewątpliwie „Słownik języka polskiego” winien określenie humoru przeredagować, albo przynajmniej rozszerzyć. Gdyż humor to nie tylko postrzeganie zabawnych stron życia czy wesołe usposobienie (wesołe usposobienie raczej wesołków cechuje, nie humorystów). To przede wszystkim zdolność kpienia z tego, co sami kochamy i szanujemy, to wreszcie umiejętność śmiechu nie z innych, a z samego siebie.

* – „Słownik języka polskiego”, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1996

CZYTACZE

Jedna z zasadniczych wątpliwości naszej egzystencji brzmi: czytać czy nie czytać? I nie łapcie mnie za słowa, twierdząc iż pytanie postawione jest źle. Bowiem fundament niepokoju jest jasny, niczym niebo w rozsłonecznionym poranku. Dobrzy Ludzie doby współczesnej naszego kraju czasem widują książkę (lub słyszą o niej) w telewizji, na ogół nie kalając sobie rąk jej fizyczną postacią.

Z badań socjologicznych wynika, że przeszło połowa narodu nie czyta książek, a o kupowaniu tychże to już lepiej nie wspominać. Coś bolesnego wiedzą o tym księgarze i wydawcy, sporo uwag także mogą dodać bibliotekarze.

Cholera, co się porobiło? – pytał mnie mój znajomek od Bagien Biebrzańskich. Ano porobiło się. Wymiar społeczny jest tego taki, że w towarzystwie nie opowiada się już nawet przaśnych anegdot na przykład z „Gargantui i Pantagruela” o podcieraniu się gęsią szyjką, gdyż Dobrzy Ludzie przestali kumać. Ci Dobrzy Ludzie nadal są dobrymi, ale akurat bez udziału książki, która jawi się pterodaktylem zamierzchłej epoki Gutenberga.

Tłumaczą niektórzy, iż pożytki płynące z lektury tradycyjnej postaci książki zastąpić mogą inne media, zwłaszcza w nośnikach elektronicznych upatrując przyszłość. A jest to wyobrażenie z gatunku tych, że róża plastikowa zastąpi żywą, zaś sztucznie upichcona woń dezodorantu zapach oryginalny.

Smutek towarzyszący tego rodzaju refleksjom jeszcze pogłębia się, gdy posłuchamy opinii osób tworzących klimat wokół książki, nie wyłączając polityków z głównych stron gazet. Na przykład mocno zapadła w pamięć wypowiedź drugiego prezydenta obecnej Rzeczpospolitej, który z rozbrajającą szczerością publicznie przyznał, że więcej książek napisał, niźli przeczytał. Inna z kolei prominentna postać oświadczyła, iż książka, w odróżnieniu od kiełbasy, nie jest towarem pierwszej potrzeby.

By dopełnić czary, trzecia, najświeższa cytacja. Wiadomo jak przemożny wpływ na tak zwanych potencjalnych konsumentów kultury miewa telewizja. Otóż jeden z bardziej lubianych dziennikarzy, niejaki Sławomir Jeneralski, raczył się wyrazić w majowym „Monitorze Wiadomości”: Z biologicznego punktu widzenia ani jogurt, ani książka nie są człowiekowi potrzebne.

Dla podobnie traktujących książki osób magia czytania na zawsze pozostanie mętnym terminem ze słownika wyrazów obcych. A tęże magię co najwyżej upatrywać będą w obracaniu książeczkami czekowymi.

Co nie rzec, trwa pomór rasowych czytaczy. Topnieją szybciej od lodowców na biegunach.

Jeszcze trochę, a czytanie zepchnięte zostanie w rejony zdarzeń okolicznościowych, porównywalne do strugania świątków – prorokują czarnowidze. Kojarzyć się będzie z czynnością tyle intymną, co krępującą.

Ostatnio w pociągu doszło do interesującej rozmowy. Gadałem z pewnym wiekowym panem. Powiedział na koniec: No, kiedyś, przynajmniej nie wypadało mieć nie rozciętej* książki. Wstyd był i jakiś pozór chociaż ludziska zachowywali. Wykładnia owego spostrzeżenia jest  taka, że dziś nawet pozorowanie obcowania z książką umarło, a rozmaite trepy, przepraszam – rozmaici Dobrzy Ludzie, potrafią wręcz szczycić się nieobecnością książki w ich życiu.

Czy może być jakaś pointa? Pointa jest żałosna i chyba ją sobie darujemy.

* – Nie tak dawno jeszcze (a i obecnie czasem w reprintach lub stylizowanych wydaniach) sprzedawano książki ze złożonymi i nie przyciętymi arkuszami, co wymuszało rozcinanie kart specjalnym nożykiem do papieruprzy każdej biblioteczce. Takie nożyki znajdowały się na każdym domowym biurku i przy każdej biblioteczce.

BRYKANIE

Dziennikarstwo – temat powracający jak stara melodia ze zdartej płyty. Potyka się na tym wiele koni, zwłaszcza koni młodych, czyli źrebaków, chcących dziennikarstwo uprawiać. Źrebak, wiadomo, witalności ma wiele i brykać lubi choćby tylko dla brykania. Często galopem gna, czerpiąc radość z samego pędu, pokonywania przestrzeni. Nie bacząc na to, że trwoniona energia czemuś ma służyć, a ruch miewa określony cel.

Czym dziennikarstwo jest? Gdy się zastanowić, odpowiedzi znajdziemy proste. Dziennikarstwo jest fachem osób parających się kolportowaniem informacji za pomocą środków masowego przekazu. Takimi środkami masowego przekazu są na przykład pisma, będzie nim radio, telewizja, wreszcie medium najnowsze: internet.

Dysponujący wymienionymi środkami dziennikarz uprzednio informacje zbiera, opracowuje i uzdatnia do przekazu. Dziennikarz może też relacjonować wydarzenia.

Jak w każdym fachu, tak i w dziennikarstwie, określone grupy wykształciły konkretne specjalizacje. Część para się obsługą sportu, część ekonomią, inni kulturą – i tak dalej. Dziedzin jest wiele i każdy poszukujący swoją niszę znajdzie.

A wszystko jest dobrze, gdy dziennikarz trzyma się reguł swego zawodu. Gdy przedstawia fakty, szerzy pozyskane informacje – operując zrozumiałym językiem, nie manipuluje wiadomościami. O takim dziennikarzu powiemy krótko: dobry fachowiec.

Bo tego od dziennikarza oczekujemy: dostarczenia nam faktów w najklarowniejszy sposób. Dziś dodalibyśmy jeszcze: i możliwie najzwięźlej.

Lecz rzeczywistość przedstawia się nieciekawie. Wielu dziennikarzy, głównie początkujących, usiłuje zawłaszczyć funkcje przynależne innym. Do opisów informacji wrzuca opinie własne, przedstawianym wydarzeniom dorabia socjologiczną lub psychologiczną gębę.

Takie uprawianie zawodu jest chybione. Lub wręcz naganne. Odbiorca, miast starannie uporządkowanych faktów oraz przejrzystej relacji, otrzymuje kaszankę. Produkt o podejrzanym składzie i wątpliwym smaku.

W popełnianiu dziennikarskich grzechów celują szczególnie gazety i rozgłośnie małe, pisemka samorządowe oraz redakcje telewizji regionalnych. Często tam panoszy się niekompetencja. Często tam, ale również i w mediach ogólnokrajowych się zdarza. Prezentowane fakty rozmydlają komentarze, informacje przebarwia emocjonalność opisu lub – co jeszcze gorsze – stronniczość. Usiłujący mienić się dziennikarzami rozdają laurki, pouczają, strofują lub wymądrzają się. Przybierając pozy: a to belfra, a to filozofa, a to strażnika moralności.

Warto zatem uświadomić sobie, że dziennikarstwo nie jest katedrą nauk. A dziennikarz, jakkolwiek w swym zawodzie dobry by nie był, autorytetem w żadnej dziedzinie nie będzie. Zaś sam fakt operowania słowem czy obrazem nigdy nie przełoży się mechanicznie na posiadanie wszechwiedzy. Nie upoważnia też dziennikarza do strojenia się w cudze piórka.

Dlatego beztrosko brykającym źrebakom nie zawadzi podglądanie starych koni. Wszak ruch tabunów okazji ku temu daje sporo. A doświadczony stary koń dziennikarski doskonale wie, co chomąto, co popręg, co wędzidło. Co bat wreszcie.

Byłaby to lekcja na skróty, oszczędzająca nadmiaru cięgów. Cięgów, bez których i tak się nie obejdzie.

Rzetelność w dziennikarstwie, o dziwo, bywa osiągalna.

BESTSELLER

Bestseller – jedno z „magicznych” słów w mediach. Rozpala pożądanie wydawców, hurtowników, księgarzy – obiecując szybki i duży zysk. Pobudza też, a może przede wszystkim, łaknienie czytaczy. Wszak to oni, kupując tytuł, napędzają handlową koniunkturę. Właśnie czytaczom bestseller zawdzięcza swój żywot, na ogół krótki, choć burzliwy.

W powszechnym mniemaniu książka uznana za bestseller musi być przynajmniej dobra, jeśli nie najlepszą z najlepszych. Bo nie kupowano by jej masowo, gdyby dobrą nie była – rozumuje przeciętny nabywca.

Bębenek podbijają jeszcze cyklicznie prezentowane rankingi. Publikują je między innymi „Rzeczpospolita” (dodatek „Rzecz o książkach”) i „Notes wydawniczy”, opierając się na danych liczbowych o wynikach sprzedaży w księgarniach.

Rankingi takie, jako żywo przypominają listy startowe wyścigów konnych. Pewniak z początkowej gonitwy spada w następnej o kilka miejsc, by w czwartej lub piątej wrócić na prowadzenie, osłabić czołówkę, zaś w siódmej lub ósmej odpaść na zawsze. Bo naparły z impetem nowe pewniaki, napchane sterydami i głodne zwycięstwa. Oraz fuksy, zawsze trudne do wytypowania. A stawka wysoka – nie ma zmiłuj się. Tylko tytuł sprzedajny będzie dostrzeżony. Tylko książce ze szczytu rankingu wróżą powodzenie.

Jednak podobne zestawienia są tyleż umowne, co bałamutne. Bałamutne w znaczeniu takim, że ranking bestsellerów jest instytucją z natury komercyjną, zestawiającą książki podług ilości sprzedanych egzemplarzy. Handel tu decyduje. Czyli o istocie bestsellera nie stanowi jego wartość wewnętrzna, lecz wyłącznie wielkość rozchodzącego się nakładu.

Zresztą, taka jest wykładnia pojęcia bestseller. Bowiem za bestseller uważa się książkę najbardziej pokupną,   n i e z a l e ż n i e   o d   s w y c h   w a r t o ś c i   l i t e r a c k i c h  i   a r t y s t y c z n y c h. Co potwierdzają konkretne tytuły, gdy rankingi pod tym kątem przejrzeć. Niewiele znajdziemy tam reprezentantów literatury prawdziwie wysokiej. Niewiele i rzadko.

Oczywistość powyższych spostrzeżeń niby nasuwa się sama. Lecz presji rynkowych sztuczek ulegają też czasem sami pisarze. Pół biedy jeszcze, gdy traktują rzecz z przymrużeniem oka. Gorzej, gdy niecierpliwie przebierają nogami, bo co prędzej na szczyt komercyjnego rankingu się wspiąć. Z tajoną nadzieją, niczym gracze totolotka studiujący tabele prawdopodobieństw trafienia wygranej, wertują dzieła głośne. Bo a nuż wyłoni się jakiś przepis, jakaś prawidłowość lub tajemnicza formuła zapewniająca wejście na top.

Lecz byli już tacy, co rzekomo złotą regułę znaleźli. Jak choćby Mario Puzo (po sukcesie rynkowym „Ojca chrzestnego”) triumfalnie ogłaszający 10 przykazań pisarskich, których spełnienie miało gwarantować wydawniczy hit. Również u nas w kraju nie brak włodarzy piór, którym – gdy owionął ich dym bestsellerowego kadzidła – wysypywały się z ust rozmaite rady.

O, naiwni. Powiedzmy sobie jasno: łaska czytelnicza na pstrym koniu jeździ. To raz. I dwa: diabeł komercji nie lubi, gdy mu się pod ogon zagląda.

Pomijając już fakt, że w pędzie za wizją komercyjnego sukcesu (jakże często sukcesu za wszelką cenę – też etyczną), gubi się proporcja rzeczy. I pozostaje na polu tylko zabawa ludyczna z elementami groteski.

Zaś bardzo chorym na książkę roku, miesiąca, tygodnia, chorym na protekcyjne zachowania Wujka Mójka oraz Cioci Komercji przypomnę żart rysunkowy Andrzeja Dudzińskiego.

Obskórny stragan z łatanym dachem. Stragan zawalony stertami warzyw, nabiału i luzem zrzuconych książek. A spoza nich woła Ptak Dudi:

„Pory, sery, kalafiory, bestsellery! Pory, sery, kalafiory, bestsellery!”

AUTORYTET

W świecie współczesnym, wobec rosnącej erozji wartości kulturowych i społecznych, panuje nie zaspokojone łaknienie autorytetu. Przy czym nie zawsze idzie tu o autorytet wynikający ze sprawowania (lub posiadania) władzy, a raczej o coś, co może być między innymi związane z szacunkiem dla wybitnej umysłowości, czy też kogoś, kto budzi podziw na przykład stroną etyczną.

Łaknienie autorytetu, do którego czasem chcemy się odwołać, jest zrozumiałe. Ludzie niezmiennie potrzebowali wyraźnego odnośnika dla własnych zamysłów, rozważań lub czynów. Taką rolę pełnią zwykle osobnicy w swych dziedzinach wyspecjalizowani lub przywódcy różnych społecznych grup na rozmaitych poziomach.

I tak autorytetem zawodowym dla robotnika jest brygadzista, dla kierowników poszczególnych działów dyrektor firmy, dla młodszego dzieciaka rodzic, dla studenta profesor uczelni, zaś dla członka sekty jego guru.

Albo inne przykłady. Dla społeczeństwa, z racji umocowania politycznego, autorytetem może być prezydent. Dla chrześcijan (a zwłaszcza dla katolików) autorytetem moralnym i religijnym będzie papież.

Naturalnie założenie takie wymaga spełnienia określonego warunku. Ktoś, w kim chcielibyśmy postrzegać autorytet, musi być znaczącym probierzem w swojej dziedzinie. Przewyższać innych wiedzą, talentem, władzą, gruntownym wykształceniem lub czymkolwiek, co autorytet czyni rzeczywistym.

Inaczej przedstawia się sprawa z autorytetami urojonymi, sztucznymi lub w przypadku mieszania znaczeń. A z taką sytuacją mieliśmy do czynienia w szczęśliwie umarłym 12 lat temu poprzednim systemie politycznym naszego kraju.

Na on czas, o czym zapomnieć nie sposób, pojęcie autorytetu bywało nadużywane lub wykrzywiane. Często monopolista władzy uchodził za mentora i znawcę jednocześnie rozmaitych dziedzin życia. Najpośledniejszy aparatczyk pouczał uzależnionych maluczkich co i jak mają robić, o czym myśleć. Politycy bezkompromisowo wypowiadali się o sposobach produkcji masła i sznurka do snopowiązałek, a lada fachowiec od ekonomii uświadamiał nas moralnie.

Najdziwniejsze i równocześnie najbardziej niepokojące było jednak to, że przeciętny „autorytetobiorca” godził się z tym. A nawet chyba gorzej: zdawał się nie dostrzegać w podobnych praktykach niczego nagannego.

Wiadomo jak systemy totalitarne demolowały mentalność obywateli. Wiadomo też, że długotrwała indoktrynacja pozostawia ślady w każdym indoktrynowanym. Lecz sprawą myślącego człowieka jest obronić to, co obronić się daje i od nowa budować rzeczy zawalone.

Dlatego śmiesznie dziś wygląda hodowca drobiu zawłaszczający rolę (i autorytet) specjalisty od kultury, żałość budzi elektryk strofujący naród z pozycji właściciela wszystkich rozumów, zniesmacza socjolog pouczający pracownika produkującego gwoździe.

Autorytetami w rozmaitych dziedzinach (by chociaż zechcieli poprzestać na własnej!) usiłują też być niektórzy pisarze. Sporo w mediach mądralińskich literatów wypowiadających się ex cathedra o polityce, religii, władzy czy pieniądzach. Wciąż wydaje się im, że mogą uchodzić za wszechwiedzących intelektualistów, nauczycieli i proroków. Co więcej, demonstrują rozgoryczenie i frustrację, jeśli tylko jako autorytety-kombajny nie są postrzegani.

A z faktu, że istotnie zdarzają się pisarze będący równocześnie na przykład filozofami lub moralistami, wynika jedynie to, iż właśnie oni – mimo predestynacji – na ogół wymądrzania publicznego się nie imają. Jeśli już, cechuje ich powściągliwość. Ciekawe, prawda?

AFORYZM

Aforyzm (z greckiego aphorismos): zwięzłe zdanie, błyskotliwe sformułowanie, zawierające jakąś myśl filozoficzną, naukę moralną, regułę życiową itp. – czytamy w słowniku PWN. W innych opracowaniach znaleźć można dopełnienie definicji. Punktuje się na przykład środki retoryczne aforyzmu, szczególnie paradoks i antytezę, proponując nadto przyjrzenie się takim hasłom jak: maksyma, sentencja, apoftegmat, gnoma, złota myśl.

Zamieszanie z doprecyzowaniem pojęcia aforyzmu jest duże. Ten gatunek literacki przysparza kłopotów teoretykom. Bo miewa  powinowactwa z innymi formami, często żywi się kalamburem, ironią. Bywa czasem gorzki, czasem zabawny, czasem ostentacyjnie prześmiewczy. Ale zawsze w pewien sposób porusza  – głównie celnością spostrzeżeń, świeżym namysłem albo przewrotnością. Ma też potężną tradycję – korzeniami sięgającą starożytnego Egiptu i Grecji przedchrześcijańskiej. Nie wspominając o myśli chińskiej na wiele stuleci przed narodzeniem Chrystusa.

Dlatego trochę drażni, gdy wrzucany jest do nieco sparciałych worków z przysłowiami. Lub  gdy  wydłubuje się je, niczym rodzynki z ciasta, z utworów prozatorskich i poetyckich. W czym celują zwłaszcza antologiści oraz rozmaici kolekcjonerzy „słów skrzydlatych”.

Tymczasem warto wyraźnie podkreślić, że żywot aforyzmu najlepiej spełnia się osobno – jako odrębnej dyscypliny literackiej. Oddajmy aforyzmowi należny  szacunek. Wszak istnieje wspaniałe aforystyczne zaplecze. Już pozostając – by nie sięgać daleko – tylko na naszym podwórku. Mam na uwadze między innymi Kazimierza Przerwę-Tetmajera, Adolfa Nowaczyńskiego, Karola Irzykowskiego, Stefana Napierskiego, czy bliższych współczesności Wiesława Brudzińskiego i Stanisława Jerzego Leca – listę da się chwalebnie wydłużyć, do kilku obecnie żyjących włącznie.

Tak, aforyzm z czytelniczego punktu widzenia jest formą wdzięczną. Dla niektórych wręcz atrakcyjną. Nie wymusza długiego skupiania uwagi – ofiaruje za to natychmiastową satysfakcję. Jeśli dobrze ukuty.

Lecz inaczej rzecz się ma od strony twórcy. By osiągnąć efekt błysku lub skodensowanej refleksji, trzeba włożyć wyjątkowo dużo pracy. W prozie na przykład da się ukryć mielizny, uchodzą potknięcia. Odbiorca przymknie oko i na grubszą wpadkę. W aforystyce lada mielizna jest katastrofą. Natychmiastową. Bez szans apelacji. Gdyż nic tak nie obnaży fuszerki, jak krótka forma właśnie.

Zatem pożądana lekkość często kryje długotrwałe cyzelowanie słów, niejednokrotnie dziesiątki wersji doprecyzowanych myśli. Wiem coś o tym, uprawiając aforyzm od ćwierćwiecza. To jedna z moich najulubieńszych form. I chyba najbardziej w duchu przeklinana. Zwłaszcza wtedy, gdy zaczynam dostrzegać  powszechnie rozpanoszony chwast epigonów, bardziej lub mniej zręcznie imitujących głębię.

To osobna choroba. Imitatorstwo. Udawactwo. Naśladowcy, być może zwiedzeni pozorną łatwością formy, a czasami i zadufaniem, obywają się przekręcaniem przysłów, sztuczkami gazetowymi, uogólnieniami. Bredzą „naukowo”  lub skręcają w stronę banału, co już na dzień dobry niesie aforyzmowi śmierć.

I jeszcze jedno. Przeświadczenia o aforyzmach, jako formie rzekomo  tylko frywolnej, a czasem i lekceważonej przez twórców, bywają zastanawiające. Pamiętam spotkanie autorskie w gimnazjum. Prowadząca w pewnej chwili zaproponowała eksperyment. Szło o prezentację na wyrywki aforyzmów moich i cudzych. Spodziewano się, że wyłowię tylko pewną ilość własnych z mnogości cytowanych. Uczniowie kolejno wstawali, deklamując przygotowane miniutwory. „Pułapka” spaliła na panewce. Bez trudu rozpoznałem własne pośród kilkudziesięciu. Zdziwienie bibliotekarki nie miało granic.

– Jak to możliwe?

Akurat dzwonek na przerwę wywabił na szkolne boisko ze trzy setki rozdokazywanych uczniów. Podeszliśmy do okna. Wskazałem na brykający tłum:

– Nie rozpoznałaby pani  w ł a s n y c h  d z i e c i, nawet w takim tłoku?

ŻARTY

Dobry żart tynfa wart – powiada stare przysłowie. Bo żart pociąga między innymi urokiem dworowania sobie z nazbyt solennej powagi. Ujmuje także intencjonalnym brakiem agresji, co jest niezbywalną cechą markowego humoru. Nikogo nie rani. Poza tym, umiejętnie skrojony, rozładowuje stres. Dostarcza zdrowej witaminy śmiechu. I zwyczajnie bawi (a czasami i… uczy). Już nie wspominając o tym, że dobrze świadczy o inteligencji żartodawcy. Dlatego żarty, nawet mniej udane, zawsze miały, miewają i będą miały powodzenie. Co oczywiste, również pisarze nie stronią od żartów. W końcu nie wszyscy są ponurakami czy tylko ludźmi statecznymi i do przesady powściągliwymi. A niektóre ślady aktywności na tym polu utrwala literatura.

Jednak zapisy żartów nie zawsze są jednoznaczne, gdy idzie o intencje autora. Bywa, że opowiadana historyjka, posiadająca znamiona żartów, odebrana będzie przez czytelnika za grubą przesadę lub tylko zwyczajne kłamstwo. Bo właśnie tu bluff, fantazyjność, łgarstwo i ostentacyjna blaga najczęściej jest „paliwem”.

Na przykład jak potraktować opis Marka Twaina potyczek z czerwonoskórymi, gdy dowiadujemy się, że jeden z pionierów Dzikiego Zachodu tak był podziurawiony strzałami, że niemożliwe było karmienie postrzelonego, bo jedzenie wylatywało dziurami?

A „reportaż” Odrowąża-Pieniążka „Ucieczka z ciepłych krajów” – z peregrynacji, których nie doświadczył? A niektóre opowieści Chryzostoma Paska? Tu rzeczy ewidentnie ocierają się o blagę, jednak w odbiorze przyjmowane z przymrużeniem oka, także jako żart lub przynajmniej o żart zahaczające.

Ten melanż intencji autorskich, a też ich interpretacji, rzeczywiście potrafi wprowadzić zamęt. Przeto dla ilustracji podam przykłady żartów „czystych”, to znaczy z intencji jednoznacznych.

Pierwszy przywołuje „Karafka La Fontaine’a” M. Wańkowicza – cytowanego już w jednym z wcześniejszych felietonów. Historia miała miejsce w 1923 roku. E. Kozikowski wspólnie z E. Zegadłowiczem (tak, tym od „Zmór”) nakładem oficyny drukarskiej Franciszka Foltyna w Wadowicach opublikowali „Antologię poezji murzyńskiej Niam-Niam” – z grafikami E. Porządkowskiego. Nie trzeba tu chyba dodawać (a właściwie trzeba), że wiersze „murzyńskie” autorzy wymyślili sami. Jak informował później publicznie E. Kozikowski, był to typowy apokryf, któremu nadaliśmy pozory autentyczności, opatrując go nawet wstępem o charakterze naukowej dysertacji.

Starannie, z premedytacją i nakładem dużego wysiłku przygotowany żart się udał. Jeszcze przed książkową publikacją cztery z „murzyńskich” wierszy wydrukował łódzki dziennik „Republika”. Książkę rozesłano do redakcji pism i do profesorów uniwersytetów. Prawie nikt z profesorskiego grona nie zakwestionował autentyczności antologii. Nadeszły listy – wspomina E. Kozikowski – od szeregu profesorów: Józefa Kallenbacha, Juliusza Kleinera, Aleksandra Brüknera, Jana Łosia, wyrażające uznanie dla tłumaczy za podjęte trudy… Tylko jeden jedyny Tadeusz Sinko poddał w wątpliwość oryginalność tekstów „murzyńskich”.

Druga ilustracja tyczy czasów współczesnych. Opowiedział mi o tym mój podkowiański przyjaciel – Piotr Müldner-Nieckowski, też niezły facecjonista.

Piotr, na on czas (druga połowa lat sześćdziesiątych) początkujący poeta i student medycyny, szukając zarobku, za pośrednictwem studenckiej spółdzielni trafił wspólnie z kolegą na ulicę Koszykową (w Warszawie) – do Władysława Kopalińskiego. Praca miała polegać na alfabetycznym porządkowaniu fiszek z hasłami przyszłego „Słownika mitów i tradycji kultury”. Lecz już na początku dochodzi do zgrzytu. W. Kopaliński konfiskuje im torbę z piwem. Chcąc się „zemścić” na pracodawcy, uknuli plan. Polegający na wprowadzeniu do kartoteki fiszki z hasłem własnym. Jak pomyśleli, tak zrobili, podrabiając ręczne pismo leksykografa.

Autor słownika rychło połapał się na dowcipie, lecz – pewnie doceniając rangę żartu – dopisane hasło… zostawił. I do dziś, w licznych wznowieniach, owe hasło można odszukać pod literą „b”. Przytoczmy.

„Bzik-fiś, chyś, fiksum-dyrdum, szmermelek, kręciek, fiksacja, fioł(ek), klin, konik, mania, pasja; dziwak, cudak, ekscentryk, oryginał; ze zdrobn. od bot. bez, analogicznie do fioła i fiołka, także oznaczających ‚kręćka, manię’.”

Lecz nie był to koniec przygód tego żartu. Po trzydziestu paru latach wrócił upamiętniającym echem w „Wielkim słowniku frazeologicznym języka polskiego” (2003) – autorstwa PMN właśnie, dziele prawdziwie fundamentalnym dla rodzimej mowy, tuż nad związkiem frazeologicznym „bździny w papilotach”…

Oba żarty są pyszne i świetnie świadczą o inwencji twórczej ich autorów. I czasami żal, że tej miary zabaw w literaturze krajowej – gdzie dominuje nadmiar solennej powagi – jest mało.

Dla mnie – admiratora wszelkich przejawów puszczania (wysokich inteligentnie) „fang”, za mało. I chyba nie tylko dla mnie, prawda?

Felieton ukaże się drukiem w numerze 2 (10) 2008 pomorskiego magazynu literacko-artystycznego „Latarnia Morska”