Mądre głupoty
Anatol Ulman

„(…) Aforyzmom [maksymom, sentencjom] tradycja oraz krytyka stawiają wiele klasycznych wymogów. Muszą więc wyrażać ogólne prawdy o życiu, czyli formułować istotne spostrzeżenia natury filozoficznej i moralnej. Mają być w zgodzie z odkrywczą psychologią. Słowem, być mądre. Cechę tę zastąpić może elegancki dowcip mający znamiona śmiesznej prawdy. Oczywiście o człowieku, o kim bowiem traktują wszelkie książki na świecie?

Aforyzm najlepiej wychodzi na tym, kiedy mądry i dowcipny jednocześnie. Jednocześnie wymaga zwięzłości, więc niewielu słów i zdań niewielu. Najlepiej, kiedy mieści się w jednym wypowiedzeniu. Błyskotliwym oraz wyrazistym.

Jeśli przyłożyć owe kryteria do aforyzmów Lecha M. Jakóba, to wyrazić trzeba sąd następujący: są owych utworów dwie kategorie [grupy].

Pierwszą, nawet dosyć liczną, stanowią aforyzmy znakomite. Rzekłbym, na miarę La Rochefoucalda, Chamforta i naszego Leca. Przeszkodę w takim ich odbiorze stanowić może tylko jeden fakt: ten mianowicie, że Lech M. Jakób jeszcze nie taki sławny.

(…) Grupę drugą stanowią utwory bardzo dobre.

Zaskakujące humorem, trafnością spostrzeżeń, więc często goryczą prawdy o człowieku, stanowią te myśli Jakóba wypadkową jego talentów: poety, prozaika, filozofa i satyryka. Miejmy nadzieję, że będzie je wytwarzał nadal. (…)”

(Anatol Ulman „Mądre, piękne, ozdobne”, Po brzeże nr 6, czerwiec 1989)

Karamarakorum
Anatol Ulman

„(…) Można dzieciństwo swoje zmitologizować na gorzko lub na słodko. Jadalna jest tylko ta pierwsza potrawa. Można też być wiernym tamtym latom, towarzyszom zabaw, tamtym oczom i tamtej pamięci, choć zawsze rzecz opisuje człowiek dorosły.

Tą ostatnią drogą poszedł Lech M. Jakób. To znaczy dokładniej zrobił tak: nie napisał autobiografii, wymagającej prawdy w każdym szczególe, boć koledzy z podwórka żyją też i pamiętają, lecz nieco zmitologizował dzieciństwo w sposób realistyczny. Może nawet nie ma w książce i tego zabiegu, gdyż dzieci widzą wszystko w i ę k s z e oraz inaczej niż dorośli. Ponadto pisarz uporządkował tamtą rzeczywistość na tyle, na ile wymagała tego kompozycja oraz estetyka książki. Poza tym wszystko w nie przedstawione wydaje się prawdą. Oczywiście prawdą małego Jakóba, zapisaną przez Jakóba dużego.

(…)Znane są powszechnie motywy literackie takiego pacholęctwa: solidarność chłopców z jednego podwórka [z nieodłączną postacią mazgaja czy zdrajcy wspólnych interesów], bójki z wrogami z innych domów czy ulic, dziwactwa ludzi starszych, hodowanie gołębi, podglądanie okolicznej prostytutki, jedzenie żab, zbędność szkoły, tajemnice dorosłych, wariaci i ludzie dla pacholąt dobrzy.

Ważne jest tedy, jak Jakób wykorzystał te motywy oraz inne szczegóły, o których wiemy już z góry. Jak je ułożył w mozaikę dzieciństwa, jak owiał nostalgią, jak przyrządził nastroje i rozłożył akcenty nadające książce określoną wartość? Od tego bowiem zależało, czy to będzie literatura. Ta najlepsza!

Wszyscy wiedzą już, że Jakób względnie szybko posiadł bardzo dobry warsztat pisarski i najlepszym dowodem tych nienagannych umiejętności jest powieść ‚Romsky’, że nie wspomnę o lepszej z innych względów pierwszej powieści Jakóba. Podobnie w ‚Karamarakorum’ – godna wielkiego uznania łatwość przedstawiania ludzi, zdarzeń, malowania tła [wspaniały opis targowiska na przykład] językiem o słowniku bogatym, nie zużytym przez banał, a dającym obrazy jasne i czyste.

To, co według mnie było największym ryzykiem, realizm wiernego odbicia dzieciństwa, zadziałał na korzyść autora, więc i książki. Stała się ona z jednej strony dokumentem, a z drugiej barwną i ciekawą opowieścią o dzieciakach, jakich już nie ma, o przygodach, jakich smarkacze dzisiejsi, wyposażeni w zabawki elektroniczne, nigdy nie uświadczą.

(…) O dzieciakach to jest książka, w zasadzie książeczka, ale nie dla nich, choć dla nich również. P r a w d z i w a, choć może i po części zmyślona, w tym przypadku złożona z prawdziwych szczegółów. Nie tylko do czytania, bo także i do refleksji głębszej. Dobra książka.

Tajemniczy tytuł uzyskuje w dziełku swe uzasadnienie. Nie pusty to kufer, z którego Jakób wydobył wspomnienia dzieciństwa i zrobił z nich wartościową literaturę.”

(Anatol Ulman „Wierne odbicie”, Pobrzeże nr 8, sierpień 1986)

Poradnik Złych Manier

– „Poradnik złych manier” to wybór aforyzmów z trzech książek i ponad 10 lat ich pisania. Skąd u Pana – prozaika i poety – taka wierność wobec aforyzmu, który nie ma dziś wysokich notowań na literackiej giełdzie?
– Literacka giełda? A to dobre! Nigdy nie zwracałem na nią uwagi. Nie chciałbym wpaść w tryby komercyjnych machin.
Co do ponad 10 lat pisania aforyzmów. Proszę przemnożyć to przez trzy. Od niepamiętnych czasów to moja ulubiona (zaraz po poezji) – forma. Początkowo tylko się temu przyglądałem, czytałem. A uderzające myśli (także wydłubywane z książek niekoniecznie literackich) trafiały do młodzieńczego kajetu. Do dzisiaj gdzieś ten zeszyt mam. Gruby, gęsto zapisany.
Chcę powiedzieć, że aforyzm jest fascynującą pisarską przygodą. Nie zawsze wdzięczną. Lecz zwodniczość tej formy literackiej, pewna sowizdrzalskość, a czasem i apodyktyczność ma w sobie coś pociągającego. Stanowczo to nie jakieś kolejne tam warzywo na straganie giełdy.

– Bardzo pan dba o formę swoich aforyzmów. Można to też wyczytać z tych autotematycznych. Stara się pan, żeby były ostre i celne, ale również zdyscyplinowane wewnętrznie, nieprzegadane.
– Bo przegadanie to śmierć aforyzmu. Ewidentna. Czasem jeden przecinek za dużo może zawalić sprawę. Nawet te zrodzone z błysku nieraz wymagają doszlifowania. Bywa, że nieraz aforyzm ma kilka, kilkanaście (a niejednokrotnie i więcej) wersji, nim wreszcie siebie jako tako zadowolę…
Sztuka aforyzmu uwielbia sięgać po paradoks, cechuje się przewrotnością, kondensacją i świeżym postrzeganiem rzeczy nibyoczywistych. Dodajmy jeszcze odwagę, obrazoburczość i sarkazm dotyczący myślowych bryków. Dobrze skrojony aforyzm powinien dźwięczeć jak stal. Co nie wyklucza, że może być… poetycki. Celował w tym na przykład, mało u nas znany, Gomez de La Serna.
Natomiast największymi wrogami tej formy są: wtórność, rozwlekłość i banał. Epigonom wydaje się, że wystarczy zwykłe odwracanie kota ogonem lub małpowanie przysłów. A jak aforyzm powstaje? Jest w stanie nieustannego czuwania. I w przeciwieństwie do poezji nigdy mnie nie zdradza. Zżymam się, ale tak to jakoś jest.

– „Nie zdradza”?
– Od wydania wyboru wierszy „Zielony promień” w 2003 roku, nie powstał nowy wiersz. Poezja, przynajmniej czasowo, mnie „zdradziła”. Natomiast aforyzmy wciąż powstają na obrzeżach innego pisania. Gdy zbierze się trochę fiszek, pochylam się nad nimi. I maceruję.

– Ceni pan Stanisława J. Leca?
– Dlaczego akurat Leca?

– Dlatego, że Leszek Żuliński, w notce na okładce „Poradnika.”, pisze, że Lec „gdyby żył, zaprosiłby Jakóba do swej akademii”.

Lec mocno osadził się „Myślami nieuczesanymi” w świadomości kulturowej PRL-u. Trafił w swój czas. I do dziś jest pwnym punktem odniesienia. Ale miał wspaniałych poprzedników. Że wspomnę tylko o aforystach międzywojnia: Adolfie Nowaczyńskim, Stefanie Napierskim i bardzo wysoko cenionym przeze mnie Karolu Irzykowskim.

– A może dobrych aforyzmów łatwiej dziś szukać w literaturze w ogóle? W dobrej prozie, mądrych wierszach?
– Można je tam znaleźć. Zdarza się pisarzom, że „niechcący” popełniają w swojej prozie (lub wierszu) aforyzm, czyli miniutwór spełniający warunki tej formy. Trochę to jest tak jak w koszykówce. Prawie wszyscy znamy ligę amerykańską NBA. I wiemy jaką celnością rzutów wykazują się zawodowcy. A proszę wpuścić między nich amatorów.
Jednym słowem cały czas mówimy tu o aforyzmach jako odrębnej „dyscyplinie sportu”.

– Książki aforystyczne polskich autorów, które czasem dziś spotykam, dobrą literaturą można nazwać rzadko.
– Wie pan, bierze się to z pozornej łatwości tej formy. Tymczasem ma ona w sobie cholernie wiele pułapek. Nie tylko warsztatowych. Ale też, że tak powiem, osobowościowych. Bo czym innym jest umieć krytycznie postrzegać rzeczywistość, a zupełnie czym innym umieć to przekuć w słowo. Tu nie do końca sprawdza się maksyma „Trening czyni mistrza”. Owszem, ćwiczenie jest ważne, lecz bez tego nieuchwytnego czegoś, co nazywam kontaminacją umysłu i ducha. Np. skrzypce lub trąbka. Mnie Bóg pozbawił tego talentu. Jestem głuchy muzycznie. Nie to, bym nie lubił słuchać. Na przykład przecudnych solówek Charliego Parkera. Po prostu nie potrafiłbym tworzyć muzyki, choćbym nie wiem jak się starał.
Chcę przez to powiedzieć, że każdy człowiek ma w sobie jakiś twórczy dar. W ogóle ciekawość świata i twórcze podejście do życia jest przypisane naszemu gatunkowi. To niejako podstawowy warunek przetrwania na tym etapie rozwoju. Lecz nie zawsze o tym wiemy. A nawet gdy wiemy, głupio ten dar twórczości nieraz trwonimy.

– A nie nudno tak panu z tymi aforyzmami?
– gdyby nudno było, strzeliłbym sobie w łeb. Nieustannie miewam z nimi przygody. Przychodzą listy od czytelników, wiele moich aforyzmów krąży w internecie – jako motta blogów lub w osobnych zbiornikach. Zwłaszcza te o miłości mają duże wzięcie. Po części to zasługa portalu literatura.net.pl , gdzie za parę złotych kupić można elektroniczną wersję mojego zbioru aforyzmów „Jęzostrzępy”.

– Publikował pan swoje aforyzmy od czasu prasowego debiutu.
– Prawie. Pamięta pan rubryki ze złotymi myślami w rozmaitych tygodnikach lat 80.? Redaktorzy pism kradli cudze myśli, umieszczając je bez podawania źródła lub nazwiska autora. Często swoje aforyzmy tam spotykałem. Celował w tym m. in. tygodnik „Zwierciadło”. Początkowo mnie to oburzało. Ale ta anonimowość minidzieła ma zalety. I niektóre z moich myśli wracają do mnie niczym bumerang. Bywa, że w niespodziewanych okolicznościach. Lub wykorzystywane z premedytacją. Jak w przypadku znajomego menela z mojej dzielnicy, który sypie z nimi jak z rękawa, licząc na grosz dołożony do butelki…
Kiedyś aforyzmy uchroniły mnie nawet od mandatu. Śpiesząc się przechodziłem, zamiast po pasach, w poprzek skrzyżowania. Dopadł mnie policjant. Już wyciągał bloczek. Ogląda dowód i pyta zdziwiony: „Pan Jakób? Co w sercu, to i w kaszance?” Ja mu na to: W zdrowym ciele zdrowy trup. I skończyło się na pouczeniu.

– Chętnie cytuje pan swoje aforyzmy?
– Bez przesady. Ale nigdy nie pomylę swojego z cudzym.

– A z „Poradnikiem złych manier” miał pan już jakąś przygodę? Książka wyszła ledwie kilka tygodni temu.
– Przedwczoraj. Dzwonił artysta plastyk, który kupił „Poradnik…” w koszalińskiej księgarni. Złamany bólem zęba siedział w poczekalni u dentysty, poczytując wybór aforyzmów. W pewnej chwili dopadł go niepohamowany atak śmiechu, trwający podobno kilka minut. Co ciekawe, razem z ustaniem ataku śmiechu ustał też – jak ręką odjął – ból zęba.
Jaki wysnujemy z tego niedaleko idący wniosek? Że aforyzm „uleczyć” może nie tylko ducha, ale i ciało!

Rozmowa „Aforyzm nie zdradza” ADL z autorem, opublikowana w Kurierze Szczecińskim nr 27 (17 285), 7.02.2008 r.

Karamarakorum
Józef Narkowicz

„Dobrą opinię o najnowszej książce L. M. Jakóba redakcja ‚Głosu Pomorza’ wyraziła przed dwoma laty, drukując ją w odcinkach prawie przez dwa miesiące. W druku gazetowym miała ona tytuł ‚Skarb feldfebla Jonasa’, w wydaniu książkowym – ‚Karamarakorum’.

Było kilka powodów druku tej powieści w gazecie, następnie w formie książkowej. Pierwszy – walory artystyczne, drugi – tematyka książki. Nie wymieniono w niej nazwy miasta, gdzie toczą się zdarzenia, lecz zawarta w niej topografia, nazwa rzeki [Parsęta] i przedmieścia [Kisielice] pozwalają ustalić, że akcja toczy się w Białogardzie, w końcu lat pięćdziesiątych lub na początku sześćdziesiątych.

(…) Urok i wartość powieści Jakóba tkwi przede wszystkim w subtelnym, często poetyckim, rysunku doznań i przygód dziecka, poznawania przez nie świata, zbierania doświadczeń, za które urwis nieraz otrzymuje srogie lanie od rodziców, razy od kolegów i kary w szkole, urwis poznaje życie takim, jakie ono jest – bez upiększeń.

Poznaje ludzi o różnych charakterach i przeszłości: zdziwaczałego żołnierza z pierwszej wojny światowej, łysą Bibę, której postępowaniem gorszą się niektórzy dorośli, piekarza Splota, sprzedawcę piwa Bakę i wielu innych.

Siedmioletni chłopiec przechodzi różne wtajemniczenia. Poznaje surowe prawa, obowiązujące w grupie rówieśników, uczy się sprytu i przebiegłości, odnosi sukcesy, ponosi klęski; poznaje wartość prawdy i cenę tchórzostwa, spędza tygodnie w szpitalu, ogląda śmierć człowieka, a wszystko to wzbudza w nim ciekawość otoczenia i świata. (…)”

(Józef Narkowicz „Z lat niedawnych, egzotycznych”, Głos Pomorza nr 279, 29 – 30.11.1986)