„(…) Aforyzmom [maksymom, sentencjom] tradycja oraz krytyka stawiają wiele klasycznych wymogów. Muszą więc wyrażać ogólne prawdy o życiu, czyli formułować istotne spostrzeżenia natury filozoficznej i moralnej. Mają być w zgodzie z odkrywczą psychologią. Słowem, być mądre. Cechę tę zastąpić może elegancki dowcip mający znamiona śmiesznej prawdy. Oczywiście o człowieku, o kim bowiem traktują wszelkie książki na świecie?

Aforyzm najlepiej wychodzi na tym, kiedy mądry i dowcipny jednocześnie. Jednocześnie wymaga zwięzłości, więc niewielu słów i zdań niewielu. Najlepiej, kiedy mieści się w jednym wypowiedzeniu. Błyskotliwym oraz wyrazistym.

Jeśli przyłożyć owe kryteria do aforyzmów Lecha M. Jakóba, to wyrazić trzeba sąd następujący: są owych utworów dwie kategorie [grupy].

Pierwszą, nawet dosyć liczną, stanowią aforyzmy znakomite. Rzekłbym, na miarę La Rochefoucalda, Chamforta i naszego Leca. Przeszkodę w takim ich odbiorze stanowić może tylko jeden fakt: ten mianowicie, że Lech M. Jakób jeszcze nie taki sławny.

(…) Grupę drugą stanowią utwory bardzo dobre.

Zaskakujące humorem, trafnością spostrzeżeń, więc często goryczą prawdy o człowieku, stanowią te myśli Jakóba wypadkową jego talentów: poety, prozaika, filozofa i satyryka. Miejmy nadzieję, że będzie je wytwarzał nadal. (…)”

(Anatol Ulman „Mądre, piękne, ozdobne”, Po brzeże nr 6, czerwiec 1989)

Mądre głupotyAnatol Ulman

„(…) Można dzieciństwo swoje zmitologizować na gorzko lub na słodko. Jadalna jest tylko ta pierwsza potrawa. Można też być wiernym tamtym latom, towarzyszom zabaw, tamtym oczom i tamtej pamięci, choć zawsze rzecz opisuje człowiek dorosły.

Tą ostatnią drogą poszedł Lech M. Jakób. To znaczy dokładniej zrobił tak: nie napisał autobiografii, wymagającej prawdy w każdym szczególe, boć koledzy z podwórka żyją też i pamiętają, lecz nieco zmitologizował dzieciństwo w sposób realistyczny. Może nawet nie ma w książce i tego zabiegu, gdyż dzieci widzą wszystko w i ę k s z e oraz inaczej niż dorośli. Ponadto pisarz uporządkował tamtą rzeczywistość na tyle, na ile wymagała tego kompozycja oraz estetyka książki. Poza tym wszystko w nie przedstawione wydaje się prawdą. Oczywiście prawdą małego Jakóba, zapisaną przez Jakóba dużego.

(…)Znane są powszechnie motywy literackie takiego pacholęctwa: solidarność chłopców z jednego podwórka [z nieodłączną postacią mazgaja czy zdrajcy wspólnych interesów], bójki z wrogami z innych domów czy ulic, dziwactwa ludzi starszych, hodowanie gołębi, podglądanie okolicznej prostytutki, jedzenie żab, zbędność szkoły, tajemnice dorosłych, wariaci i ludzie dla pacholąt dobrzy.

Ważne jest tedy, jak Jakób wykorzystał te motywy oraz inne szczegóły, o których wiemy już z góry. Jak je ułożył w mozaikę dzieciństwa, jak owiał nostalgią, jak przyrządził nastroje i rozłożył akcenty nadające książce określoną wartość? Od tego bowiem zależało, czy to będzie literatura. Ta najlepsza!

Wszyscy wiedzą już, że Jakób względnie szybko posiadł bardzo dobry warsztat pisarski i najlepszym dowodem tych nienagannych umiejętności jest powieść ‚Romsky’, że nie wspomnę o lepszej z innych względów pierwszej powieści Jakóba. Podobnie w ‚Karamarakorum’ – godna wielkiego uznania łatwość przedstawiania ludzi, zdarzeń, malowania tła [wspaniały opis targowiska na przykład] językiem o słowniku bogatym, nie zużytym przez banał, a dającym obrazy jasne i czyste.

To, co według mnie było największym ryzykiem, realizm wiernego odbicia dzieciństwa, zadziałał na korzyść autora, więc i książki. Stała się ona z jednej strony dokumentem, a z drugiej barwną i ciekawą opowieścią o dzieciakach, jakich już nie ma, o przygodach, jakich smarkacze dzisiejsi, wyposażeni w zabawki elektroniczne, nigdy nie uświadczą.

(…) O dzieciakach to jest książka, w zasadzie książeczka, ale nie dla nich, choć dla nich również. P r a w d z i w a, choć może i po części zmyślona, w tym przypadku złożona z prawdziwych szczegółów. Nie tylko do czytania, bo także i do refleksji głębszej. Dobra książka.

Tajemniczy tytuł uzyskuje w dziełku swe uzasadnienie. Nie pusty to kufer, z którego Jakób wydobył wspomnienia dzieciństwa i zrobił z nich wartościową literaturę.”

(Anatol Ulman „Wierne odbicie”, Pobrzeże nr 8, sierpień 1986)

KaramarakorumAnatol Ulman

– „Poradnik złych manier” to wybór aforyzmów z trzech książek i ponad 10 lat ich pisania. Skąd u Pana – prozaika i poety – taka wierność wobec aforyzmu, który nie ma dziś wysokich notowań na literackiej giełdzie?
– Literacka giełda? A to dobre! Nigdy nie zwracałem na nią uwagi. Nie chciałbym wpaść w tryby komercyjnych machin.
Co do ponad 10 lat pisania aforyzmów. Proszę przemnożyć to przez trzy. Od niepamiętnych czasów to moja ulubiona (zaraz po poezji) – forma. Początkowo tylko się temu przyglądałem, czytałem. A uderzające myśli (także wydłubywane z książek niekoniecznie literackich) trafiały do młodzieńczego kajetu. Do dzisiaj gdzieś ten zeszyt mam. Gruby, gęsto zapisany.
Chcę powiedzieć, że aforyzm jest fascynującą pisarską przygodą. Nie zawsze wdzięczną. Lecz zwodniczość tej formy literackiej, pewna sowizdrzalskość, a czasem i apodyktyczność ma w sobie coś pociągającego. Stanowczo to nie jakieś kolejne tam warzywo na straganie giełdy.

– Bardzo pan dba o formę swoich aforyzmów. Można to też wyczytać z tych autotematycznych. Stara się pan, żeby były ostre i celne, ale również zdyscyplinowane wewnętrznie, nieprzegadane.
– Bo przegadanie to śmierć aforyzmu. Ewidentna. Czasem jeden przecinek za dużo może zawalić sprawę. Nawet te zrodzone z błysku nieraz wymagają doszlifowania. Bywa, że nieraz aforyzm ma kilka, kilkanaście (a niejednokrotnie i więcej) wersji, nim wreszcie siebie jako tako zadowolę…
Sztuka aforyzmu uwielbia sięgać po paradoks, cechuje się przewrotnością, kondensacją i świeżym postrzeganiem rzeczy nibyoczywistych. Dodajmy jeszcze odwagę, obrazoburczość i sarkazm dotyczący myślowych bryków. Dobrze skrojony aforyzm powinien dźwięczeć jak stal. Co nie wyklucza, że może być… poetycki. Celował w tym na przykład, mało u nas znany, Gomez de La Serna.
Natomiast największymi wrogami tej formy są: wtórność, rozwlekłość i banał. Epigonom wydaje się, że wystarczy zwykłe odwracanie kota ogonem lub małpowanie przysłów. A jak aforyzm powstaje? Jest w stanie nieustannego czuwania. I w przeciwieństwie do poezji nigdy mnie nie zdradza. Zżymam się, ale tak to jakoś jest.

– „Nie zdradza”?
– Od wydania wyboru wierszy „Zielony promień” w 2003 roku, nie powstał nowy wiersz. Poezja, przynajmniej czasowo, mnie „zdradziła”. Natomiast aforyzmy wciąż powstają na obrzeżach innego pisania. Gdy zbierze się trochę fiszek, pochylam się nad nimi. I maceruję.

– Ceni pan Stanisława J. Leca?
– Dlaczego akurat Leca?

– Dlatego, że Leszek Żuliński, w notce na okładce „Poradnika.”, pisze, że Lec „gdyby żył, zaprosiłby Jakóba do swej akademii”.

Lec mocno osadził się „Myślami nieuczesanymi” w świadomości kulturowej PRL-u. Trafił w swój czas. I do dziś jest pwnym punktem odniesienia. Ale miał wspaniałych poprzedników. Że wspomnę tylko o aforystach międzywojnia: Adolfie Nowaczyńskim, Stefanie Napierskim i bardzo wysoko cenionym przeze mnie Karolu Irzykowskim.

– A może dobrych aforyzmów łatwiej dziś szukać w literaturze w ogóle? W dobrej prozie, mądrych wierszach?
– Można je tam znaleźć. Zdarza się pisarzom, że „niechcący” popełniają w swojej prozie (lub wierszu) aforyzm, czyli miniutwór spełniający warunki tej formy. Trochę to jest tak jak w koszykówce. Prawie wszyscy znamy ligę amerykańską NBA. I wiemy jaką celnością rzutów wykazują się zawodowcy. A proszę wpuścić między nich amatorów.
Jednym słowem cały czas mówimy tu o aforyzmach jako odrębnej „dyscyplinie sportu”.

– Książki aforystyczne polskich autorów, które czasem dziś spotykam, dobrą literaturą można nazwać rzadko.
– Wie pan, bierze się to z pozornej łatwości tej formy. Tymczasem ma ona w sobie cholernie wiele pułapek. Nie tylko warsztatowych. Ale też, że tak powiem, osobowościowych. Bo czym innym jest umieć krytycznie postrzegać rzeczywistość, a zupełnie czym innym umieć to przekuć w słowo. Tu nie do końca sprawdza się maksyma „Trening czyni mistrza”. Owszem, ćwiczenie jest ważne, lecz bez tego nieuchwytnego czegoś, co nazywam kontaminacją umysłu i ducha. Np. skrzypce lub trąbka. Mnie Bóg pozbawił tego talentu. Jestem głuchy muzycznie. Nie to, bym nie lubił słuchać. Na przykład przecudnych solówek Charliego Parkera. Po prostu nie potrafiłbym tworzyć muzyki, choćbym nie wiem jak się starał.
Chcę przez to powiedzieć, że każdy człowiek ma w sobie jakiś twórczy dar. W ogóle ciekawość świata i twórcze podejście do życia jest przypisane naszemu gatunkowi. To niejako podstawowy warunek przetrwania na tym etapie rozwoju. Lecz nie zawsze o tym wiemy. A nawet gdy wiemy, głupio ten dar twórczości nieraz trwonimy.

– A nie nudno tak panu z tymi aforyzmami?
– gdyby nudno było, strzeliłbym sobie w łeb. Nieustannie miewam z nimi przygody. Przychodzą listy od czytelników, wiele moich aforyzmów krąży w internecie – jako motta blogów lub w osobnych zbiornikach. Zwłaszcza te o miłości mają duże wzięcie. Po części to zasługa portalu literatura.net.pl , gdzie za parę złotych kupić można elektroniczną wersję mojego zbioru aforyzmów „Jęzostrzępy”.

– Publikował pan swoje aforyzmy od czasu prasowego debiutu.
– Prawie. Pamięta pan rubryki ze złotymi myślami w rozmaitych tygodnikach lat 80.? Redaktorzy pism kradli cudze myśli, umieszczając je bez podawania źródła lub nazwiska autora. Często swoje aforyzmy tam spotykałem. Celował w tym m. in. tygodnik „Zwierciadło”. Początkowo mnie to oburzało. Ale ta anonimowość minidzieła ma zalety. I niektóre z moich myśli wracają do mnie niczym bumerang. Bywa, że w niespodziewanych okolicznościach. Lub wykorzystywane z premedytacją. Jak w przypadku znajomego menela z mojej dzielnicy, który sypie z nimi jak z rękawa, licząc na grosz dołożony do butelki…
Kiedyś aforyzmy uchroniły mnie nawet od mandatu. Śpiesząc się przechodziłem, zamiast po pasach, w poprzek skrzyżowania. Dopadł mnie policjant. Już wyciągał bloczek. Ogląda dowód i pyta zdziwiony: „Pan Jakób? Co w sercu, to i w kaszance?” Ja mu na to: W zdrowym ciele zdrowy trup. I skończyło się na pouczeniu.

– Chętnie cytuje pan swoje aforyzmy?
– Bez przesady. Ale nigdy nie pomylę swojego z cudzym.

– A z „Poradnikiem złych manier” miał pan już jakąś przygodę? Książka wyszła ledwie kilka tygodni temu.
– Przedwczoraj. Dzwonił artysta plastyk, który kupił „Poradnik…” w koszalińskiej księgarni. Złamany bólem zęba siedział w poczekalni u dentysty, poczytując wybór aforyzmów. W pewnej chwili dopadł go niepohamowany atak śmiechu, trwający podobno kilka minut. Co ciekawe, razem z ustaniem ataku śmiechu ustał też – jak ręką odjął – ból zęba.
Jaki wysnujemy z tego niedaleko idący wniosek? Że aforyzm „uleczyć” może nie tylko ducha, ale i ciało!

Rozmowa „Aforyzm nie zdradza” ADL z autorem, opublikowana w Kurierze Szczecińskim nr 27 (17 285), 7.02.2008 r.

Poradnik Złych Manier

„Dobrą opinię o najnowszej książce L. M. Jakóba redakcja ‚Głosu Pomorza’ wyraziła przed dwoma laty, drukując ją w odcinkach prawie przez dwa miesiące. W druku gazetowym miała ona tytuł ‚Skarb feldfebla Jonasa’, w wydaniu książkowym – ‚Karamarakorum’.

Było kilka powodów druku tej powieści w gazecie, następnie w formie książkowej. Pierwszy – walory artystyczne, drugi – tematyka książki. Nie wymieniono w niej nazwy miasta, gdzie toczą się zdarzenia, lecz zawarta w niej topografia, nazwa rzeki [Parsęta] i przedmieścia [Kisielice] pozwalają ustalić, że akcja toczy się w Białogardzie, w końcu lat pięćdziesiątych lub na początku sześćdziesiątych.

(…) Urok i wartość powieści Jakóba tkwi przede wszystkim w subtelnym, często poetyckim, rysunku doznań i przygód dziecka, poznawania przez nie świata, zbierania doświadczeń, za które urwis nieraz otrzymuje srogie lanie od rodziców, razy od kolegów i kary w szkole, urwis poznaje życie takim, jakie ono jest – bez upiększeń.

Poznaje ludzi o różnych charakterach i przeszłości: zdziwaczałego żołnierza z pierwszej wojny światowej, łysą Bibę, której postępowaniem gorszą się niektórzy dorośli, piekarza Splota, sprzedawcę piwa Bakę i wielu innych.

Siedmioletni chłopiec przechodzi różne wtajemniczenia. Poznaje surowe prawa, obowiązujące w grupie rówieśników, uczy się sprytu i przebiegłości, odnosi sukcesy, ponosi klęski; poznaje wartość prawdy i cenę tchórzostwa, spędza tygodnie w szpitalu, ogląda śmierć człowieka, a wszystko to wzbudza w nim ciekawość otoczenia i świata. (…)”

(Józef Narkowicz „Z lat niedawnych, egzotycznych”, Głos Pomorza nr 279, 29 – 30.11.1986)

KaramarakorumJózef Narkowicz

„(…) Pisarz całkiem świadomie tworzy w opozycji do tego, co potocznie nazywa się młodą prozą (…) W przypadku Lecha M. Jakóba opozycja do tego nurtu prozy polskiej oznacza konkretnie przyznanie czytelnikowi prawa do zajmującej lektury, a więc chęć opowiedzenia mu frapującej historii.

(…) Lech M. Jakób nie prezentuje w ‚Karamarakorum’ ani skłonności ekshibicjonistycznych, ani zamiłowania do bezkompromisowych wiwisekcji, ani też pretensji duszoznawczych.(…) Na świat dziecięcych zabaw patrzy się w tej książce z perspektywy człowieka dorosłego, rekonstruując dawniejsze emocje i motywy.

(…) Na świat przedstawiony w powieści składają się nie tylko opisy podwórkowych ekscesów, lecz także życie małego miasteczka na Ziemiach Odzyskanych. Wprawdzie celem utworu nie jest odtworzenie tego życia, ale wiele autentyzmu udało się pisarzowi zawrzeć w tle dziecięcych zabaw i przeżyć.

Uchroniła się ostatnia powieść Jakóba przed sielankową wizją dzieciństwa. W dziecięce życie wkradają się choroby, smutki i lęki. Bohater styka się też ze śmiercią w najbliższym otoczeniu i przeżywa ją równie mocno wtedy, kiedy dotyczy jego babci, i wtedy kiedy spotyka małomiasteczkowego dziwaka, a także wtedy, gdy ginie ulubiony kundel. A jednak ‚Karamarakorum’ zachowuje pogodną tonację, zaś tajemniczy tytuł powieści sugeruje, że wszystko dotyczy tego okresu w życiu człowieka, kiedy wszystko się może jeszcze zdarzyć, a w każdym razie wiele się jeszcze po świecie spodziewa: dobrego i ekscytującego.”

(Ewa Starosta „Też miałem siedem lat”, Fakty nr 35, 30.08.1986)30

KaramarakorumEwa Starosta

„(…) Ze zjawiskiem świadomego krzyżowania konwencji mamy do czynienia w ‚Romskym’. Powieść ta zbudowana jest z dwóch części. Pierwszą stanowi kilkupunktowe wprowadzenie odautorskie. Drugą – niepełny [i nie wysłany przez nadawcę] list tytułowego bohatera do przyjaciela Fragmentaryczność tego pisma domaga się komentarza, tym bardziej że jest swoistą autobiografią. A zatem, urwana opowieść Romsky’ego o własnych losach niejako wywołuje ich dopowiedzenie i uzasadnia potrzebę wskazania na powody tej fragmentaryczności. Wyjaśnienia tych zagadek podjął się autor we wstępie. Tam przedstawił również kilka refleksji natury ogólnej.

(…) Relacja bohatera rozwijana jest na dwóch planach. Dramatyczne zdarzenia to przeszłość, choć w pamięci bohatera świeża i jątrząca. Czas pisania listu to czas refleksji, rachunku sumienia, wątpliwości związanych z decyzją o utrwaleniu na papierze swojego losu i myśli. Romsky nie tylko bowiem punktuje dramatyczne chwile w swej biografii, ale i próbuje dociec, dlaczego jego życie układa się tak a nie inaczej. Gdy ogarnia swą przeszłość, zagłębia się w stan swych myśli, coraz trudniej znaleźć mu uzasadnienie dla swej spowiedzi, w której sens i terapeutyczną skuteczność początkowo wierzył. Coraz trudniej również odnaleźć mu sens dla swojej egzystencji. Gorycz i żal przepełniają jego słowa: ‚Nie znalazłem prawdy, nie zaznałem wolności. […] Sprawiedliwość, hardość, duma – dużo tego na talerzu’. Romsky intuicyjnie, ale trafnie wskazuje w swojej opowieści na trop, którym należałoby podążać, aby odsłonić zagadkę jego tragicznego losu. Nie chce on rozstać się z przyjętym w dzieciństwie systemem norm i obyczajów, systemem, którego nie rozmywają pułapki relatywizmu. Uparcie przy tym trwa, nie poddaje się ciśnieniu nowych norm, przekonany, że wartości najpierwsze nie mogą ulegać zmianom wraz z przemianami w otaczającym go świecie. Środki przedsiębrane przez Romsky’ego dla obrony naturalnych wartości są drastyczne, ale nie tylko on tej drastyczności jest winien.

Bohater Jakóba do końca nieomal nie godzi się ze swoim, skazanym na tragiczne rozstrzygnięcia, losem. Ta niezgoda, z jednej strony, nadaje mu sens; z drugiej jednak, motywowane nią postawy i postępki Romsky’ego sprzyjają zagładzie wartości, przy których obstaje. W tym tkwi największy tragizm losu tej postaci. (…)”

(Mirosław Lalak „Wyzwanie i wyznanie”, Nowe Książki nr 5, maj 1985, s. 29 – 30)

RomskyMirosław Lalak

„(…) Myślę, że ‚Romsky’ jest protestem przeciwko codziennej bezbarwnej, szarej egzystencji, w której szczególnie jednostka wrażliwa, osamotniona, pozbawiona ludzkiej życzliwości i przyjaźni, nie potrafi poradzić sobie z narastającymi wokół niej problemami i konfliktami, szamocąc się bezsilnie z przeciwnościami losu(…).”

(Emilia Górecka-Gromniak „Bunt i zmęczenie”, Tygodnik Kulturalny nr 15, 14.04.1985)

RomskyEmilia Górecka-Gromniak

„Bywają takie książki, po przeczytaniu których dominującym uczuciem jest niedosyt i bezradność przy próbie oceny. Chciałoby się powiedzieć – tylko tyle? lecz zaraz dodać – aż tyle? A jeśli przy tym twierdzić będę, że niewątpliwa oryginalność omawianej tu książki polega na użyciu dawno skostniałej, wyświechtanej aż do banału konwencji literackiej, to wszystko razem zabrzmi paradoksalnie, lecz chyba nie fałszywie.

(…) Książka jest o walce ze złem, z Fatum. Indywidualnej walce, toczonej wbrew wszelkim przeciwnościom losu i przy dezaprobacie otoczenia, o wymierzaniu sprawiedliwości sobie i innym według surowych, wyznawanych przez bohatera norm moralnych. Także o determinizmie egzystencjalnym: ‚A każde działanie/ Jest krokiem na szafot, w ogień, w gardziel morza/ Albo na kamień nie do odczytania’ – jak głosi motto z Eliota. Tylko tyle. Trywialne?

Jeśli jednak odrzucając fałszywy wstyd i zażenowanie, spróbujemy odwołać się do pojęć i wartości oczywistych, tak oczywistych, że przez swą jasność i prostotę łatwo zapominanych, a więc pojęcia Dobra, Zła, Prawości, Miłości, Prawdy, to z ociąganiem i niechętnie przyznamy, że to aż tyle. I chyba nie dla skompromitowania i wyszydzenia tych etycznych aksjomatów posłużył się autor zbanalizowaną konwencją [bo one wystarczająco kompromitują się na co dzień], lecz przeciwnie – dla podkreślenia ich ważności i niezbędności w życiu każdego. I dopiero na tym tle umieścił swego bohatera.

(…) Nie potrafię wyobrazić sobie Romsky’ego jako bohatera tak chętnie dziś uprawianej przez młodych autorów prozy kreacyjnej, hołdującej obscenicznemu, częstokroć jałowemu behawioryzmowi… Romsky – obcinający palec Rakojadowi, za to, że wpycha go dziewczynom w sekretne miejsce, Romsky – kaleczący siostrę za lekceważenie obowiązujących panienkę zachowań, Romsky – zabijający za obelgę, w jego mniemaniu krzywdzącą do żywego i niesłuszną. A wszystko to w poczuciu straszliwej, nie do uniknięcia konieczności.

Taka postać nie mieści się w nakreślonych przez młodoliteracką prozę ramach, a gdyby się nawet zmieściła, byłaby tragikomiczna, cała zaś książka stałaby się nieudanym persyflażem, chybionym szyderstwem, nie trafioną ironia. Toteż prowadzona na serio dyskusja z losem, przeznaczeniem [bardzo ładny, poetycki motyw dzwonów wyrokujących o życiu narodzonych dzieci], sensem istnienia naznaczonego Hiobowymi doświadczeniami [szaleństwo siostry, martwe w łonie dziecko, choroba ojca, więzienie] przenieść się musiała na przychylniejszy jej literacko grunt. Po to, by nie brzmiały dysonansem pytania o granice wierności zasadom etycznym, o cenę bezkompromisowych poczynań, sens samotnej rozpaczliwej walki z losem, społecznością zastygłą w magmowatej codzienności.

I właśnie ten przychylny dla siebie grunt znalazł Jakób w obranym konsekwentnym do końca, literackim sztafażu.

Nie wiemy, czy Romsky ginie, dlatego, że tak chce. Wiemy, że pozwala, pomaga umrzeć swemu ojcu – bo jest przekonany, że w ten sposób ocali jego godność i człowieczeństwo. Dlatego znów sam zdecyduje za las. Wolność do – oto generalne prawo człowieka.

Głęboko rozumiany egzystencjalizm organizuje warstwę myślową tej powieści i choć tak ‚niemodny’ jak jego forma, nadaje książce Jakóba ważkich znaczeń, bez których byłaby zbędnym literackim bibelotem.”

(Jolanta Garstecka „Był sobie drwal…”, Morze i Ziemia nr 13, 27.03.1985)

RomskyJolanta Garstecka

„Jest to dziwna książka. Splatają się w niej realia naszych czasów, wyjęte z bezpośredniego otoczenia autora z mistyką, mocami nadprzyrodzonymi. Czasami zdaje się, że to sam autor, będąc bezsilny wobec niesprawiedliwości, bezprawia, nadużyć, sięga po mistykę, aby móc bardziej skutecznie stawić czoło. Połączenie konkretu z fikcją z pogranicza science fictionchwilami razi, ale potem, zważywszy że całość jest wielką metaforą, przekonuje (…).”

(Stanisław Misakowski „Kruk najbielszy”, Tygodnik Kulturalny nr 1, 1.01.1984)

Kruk najbielszyStanisław Misakowski

„Można tę powieść uznać za typową wakacyjną lekturę, przeczytać jednym tchem, docenić wartką fabułę opartą na interesującym pomyśle. (…) Gdy jednak dotrzemy do ostatnich stron książki, trudno nie postawić pytania, czy sens jej można sprowadzić wyłącznie do niezwykłych przygód głównego bohatera Andrzeja Klampy, czy tkwi on być może głębiej, będąc pytaniem nie tylko o to, co w sposób bezpośredni przynosi akcja powieści.

‚Kruk najbielszy’ Jakóba da się zaliczyć do tego, rozumianego tu bardzo szeroko nurtu literatury, która wprowadza element ‚cudowności’, pewną dawkę irracjonalizmu. Zatem gatunkowy wzorzec byłby bardzo pojemny, bo mieszczący w sobie różnego rodzaju fantastykę: od literatury demonologicznej i powieści o cudownym wynalazku po ‚magiczny realizm’ i fantastykę naukową. Oczywiście paralele te są najczęściej bardzo odległe, lecz baza wyjściowa jest zawsze ta sama: ‚cudowność’. Powieść Jakóba byłaby jednak najbliższa nie baśni (w niej bowiem cudowność nie narusza świata rzeczywistego), lecz tym gatunkom, które wyrastając z przekonania o racjonalnym ładzie zdeterminowanego świata, prezentują w swych utworach nagłe wtargnięcie czynnika kłócącego się z tzw. zdrowym rozsądkiem. Warto w tym miejscu odwołać się do słów R. Caillos, który nad wszystkimi odmianami literatury operującej w różnym stopniu i w różnej funkcji elementem fantastycznym, buduje wspólną dla nich właściwość, wyrażającą się w ‚napięciu pomiędzy tym, co człowiek może, a tym, co by chciał móc’.

Ta prawdopodobna teza odnosząca się do ‚literatury nieprawdopodobnej’ przystaje i do prozy L. M. Jakóba. Nie jest bowiem żartem doszukiwać się w zamyśle autora ‚Psów mojej młodości’ przedłużenia dziecięcych snów i marzeń o ‚czapce niewidce’ i innych magicznych przedmiotach. W ‚Kruku najbielszym’ jest nim nie zadrukowana ‚książka’, odpowiadająca swojemu właścicielowi na każde przezeń postawione pytanie. Posiadała ona jeszcze wiele innych niezwykłych cech, jak chociażby to, że była niezniszczalna [Klampa poddał ją ‚próbie ognia i wody’], sygnalizowała zbliżające się niebezpieczeństwo, wyrażała niezadowolenie z zachowania i czynów Klampy .

Pojawienie się tajemniczej ‚książki’ już w pierwszych partiach powieści [bohater kupuje ją w ‚nie istniejącym’ antykwariacie] to wprowadzenie czytelnika ‚od razu’ w sedno przygód mieszkańca nadmorskiego, uzdrowiskowego miasteczka K. Ta interesująca scena zakupu pełna jest niezwykłej atmosfery, w której wszystko to, co bohatera otacza, ‚znaczy’ coś więcej niż dla każdego innego. Tonacja ta występuje tak wyraziście tylko raz w pierwszej części powieści. Jakób bowiem natychmiast porzuca to, co byśmy mogli nazwać budowaniem nastroju, ‚gęstnieniem’ przestrzeni. Narracja prowadzona jest jak w konwencjonalnej prozie realistycznej, a ‚książka’, pomimo swej tajemniczej mocy, jest jakby uzwyczajniana, oswajana.

(…)’Kruk najbielszy’ to powieść, której sensy wykraczają jednak poza opowiedzenie fabuły oraz poza banalne pochwały i zarzuty. Docierając więc na koniec do głębszej warstwy znaczeniowej prozy Jakóba, do jej parabolicznego wymiaru, warto przyjrzeć się temu, co moglibyśmy nazwać prowizorycznie ‚ideą książki’. Jakób umieszcza ją [ale przewrotnie] jakby w sferze sacrum, samym tytułem podkreślając, że nie chodzi tu tylko o bibliofilski ‚biały kruk’. Obdarza ‚książkę’ określeniem ‚najbielsza’, a więc wartościuje dodatnio, nie tylko podkreślając jej wyjątkowość, ale i humanizujące znaczenie. Autor doprowadza nas jednak do posępnego finału [jest nim zniszczenie biblioteki]. (…) Finału, który musiał nastąpić, bo zawsze degradacja człowieka obraca się przeciw kulturze, przeciw sumieniu kultury.

L. M. Jakób nie rozwiązuje jednak tego problemu w sposób tak prosty. Dzieje Andrzeja Klampy to przecież także przykład zniewolenia ‚ideą książki’. Jego pierwszym aktem był wybór między żoną Anną a swoją bibliofilską pasją [woli rozwód niż rezygnację z książek]. I gdy pojawia się w jego życiu ‚najbielszy kruk’, zdaje sobie sprawę, że będzie ‚musiał za to wszystko zapłacić’. Ironia autora dotyczy tu także tego sposobu bycia inteligentnym, który jest typem człowieka przeżywającego kulturę przed rzeczywistością.

Tajemnicza ‚książka’ stawia jednocześnie bohatera powieści w sytuacji nieustannego etycznego wyboru: stając się nie tylko dobrą, ale i złą pokusą, której ostatecznie ulega. Musi ulec, bo jest człowiekiem, za którym nic nie stoi, który choruje na brak wartości, który swoje biblioteczne regały stawia nad człowiekiem. Dlatego musi ulec innej mocy słowa – mocy, która wyzwala w człowieku zło.

‚Pułapka książki’ to możliwość nieograniczonego korzystania z własnej mocy i rezygnacja z przekonania, iż istnieje coś, czego nie wolno zrobić. Bliżsi prawdy będziemy jednak, gdy dostrzeżemy iż pułapka ta wynika także ze struktury świata przedstawionego w ‚Kruku najbielszym’.

(…) Wiele z przedstawionych przez Jakóba mechanizmów społecznych interakcji da się prawdopodobnie skonkretyzować w miarę rosnących odwołań czytelnika do własnych doświadczeń. Czy w tych rozważaniach możemy pójść i twierdzić, że ‚książka’ jest metaforą nieograniczonych możliwości penetracji każdego człowieka? Czy możemy mówić, że jest to nie tylko fikcja, którą można odczytać parabolicznie, poza konkretną przestrzenią i czasem, lecz także fikcja istniejąca rzeczywiście [‚nierzeczywistość’!], jako stały element składowy stosunków społecznych?

Prawdopodobnie powieść L. M. Jakóba uznana zostanie za jeden z najciekawszych debiutów prozatorskich roku 1983. Jej wartość nie tkwi jednak w giełdowych przypuszczeniach, lecz w niepokoju, który wywołują opowiedziane przez pisarza losy prowincjonalnego karła, stającego się ‚olbrzymem’ ” (…).

(Zbigniew Pakuła „Budowanie i rozpad”, Po brzeże nr 13, wrzesień 1983)

Kruk najbielszyZbigniew Pakuła