„Bywają takie książki, po przeczytaniu których dominującym uczuciem jest niedosyt i bezradność przy próbie oceny. Chciałoby się powiedzieć – tylko tyle? lecz zaraz dodać – aż tyle? A jeśli przy tym twierdzić będę, że niewątpliwa oryginalność omawianej tu książki polega na użyciu dawno skostniałej, wyświechtanej aż do banału konwencji literackiej, to wszystko razem zabrzmi paradoksalnie, lecz chyba nie fałszywie.

(…) Książka jest o walce ze złem, z Fatum. Indywidualnej walce, toczonej wbrew wszelkim przeciwnościom losu i przy dezaprobacie otoczenia, o wymierzaniu sprawiedliwości sobie i innym według surowych, wyznawanych przez bohatera norm moralnych. Także o determinizmie egzystencjalnym: ‚A każde działanie/ Jest krokiem na szafot, w ogień, w gardziel morza/ Albo na kamień nie do odczytania’ – jak głosi motto z Eliota. Tylko tyle. Trywialne?

Jeśli jednak odrzucając fałszywy wstyd i zażenowanie, spróbujemy odwołać się do pojęć i wartości oczywistych, tak oczywistych, że przez swą jasność i prostotę łatwo zapominanych, a więc pojęcia Dobra, Zła, Prawości, Miłości, Prawdy, to z ociąganiem i niechętnie przyznamy, że to aż tyle. I chyba nie dla skompromitowania i wyszydzenia tych etycznych aksjomatów posłużył się autor zbanalizowaną konwencją [bo one wystarczająco kompromitują się na co dzień], lecz przeciwnie – dla podkreślenia ich ważności i niezbędności w życiu każdego. I dopiero na tym tle umieścił swego bohatera.

(…) Nie potrafię wyobrazić sobie Romsky’ego jako bohatera tak chętnie dziś uprawianej przez młodych autorów prozy kreacyjnej, hołdującej obscenicznemu, częstokroć jałowemu behawioryzmowi… Romsky – obcinający palec Rakojadowi, za to, że wpycha go dziewczynom w sekretne miejsce, Romsky – kaleczący siostrę za lekceważenie obowiązujących panienkę zachowań, Romsky – zabijający za obelgę, w jego mniemaniu krzywdzącą do żywego i niesłuszną. A wszystko to w poczuciu straszliwej, nie do uniknięcia konieczności.

Taka postać nie mieści się w nakreślonych przez młodoliteracką prozę ramach, a gdyby się nawet zmieściła, byłaby tragikomiczna, cała zaś książka stałaby się nieudanym persyflażem, chybionym szyderstwem, nie trafioną ironia. Toteż prowadzona na serio dyskusja z losem, przeznaczeniem [bardzo ładny, poetycki motyw dzwonów wyrokujących o życiu narodzonych dzieci], sensem istnienia naznaczonego Hiobowymi doświadczeniami [szaleństwo siostry, martwe w łonie dziecko, choroba ojca, więzienie] przenieść się musiała na przychylniejszy jej literacko grunt. Po to, by nie brzmiały dysonansem pytania o granice wierności zasadom etycznym, o cenę bezkompromisowych poczynań, sens samotnej rozpaczliwej walki z losem, społecznością zastygłą w magmowatej codzienności.

I właśnie ten przychylny dla siebie grunt znalazł Jakób w obranym konsekwentnym do końca, literackim sztafażu.

Nie wiemy, czy Romsky ginie, dlatego, że tak chce. Wiemy, że pozwala, pomaga umrzeć swemu ojcu – bo jest przekonany, że w ten sposób ocali jego godność i człowieczeństwo. Dlatego znów sam zdecyduje za las. Wolność do – oto generalne prawo człowieka.

Głęboko rozumiany egzystencjalizm organizuje warstwę myślową tej powieści i choć tak ‚niemodny’ jak jego forma, nadaje książce Jakóba ważkich znaczeń, bez których byłaby zbędnym literackim bibelotem.”

(Jolanta Garstecka „Był sobie drwal…”, Morze i Ziemia nr 13, 27.03.1985)