– „Poradnik złych manier” to wybór aforyzmów z trzech książek i ponad 10 lat ich pisania. Skąd u Pana – prozaika i poety – taka wierność wobec aforyzmu, który nie ma dziś wysokich notowań na literackiej giełdzie?
– Literacka giełda? A to dobre! Nigdy nie zwracałem na nią uwagi. Nie chciałbym wpaść w tryby komercyjnych machin.
Co do ponad 10 lat pisania aforyzmów. Proszę przemnożyć to przez trzy. Od niepamiętnych czasów to moja ulubiona (zaraz po poezji) – forma. Początkowo tylko się temu przyglądałem, czytałem. A uderzające myśli (także wydłubywane z książek niekoniecznie literackich) trafiały do młodzieńczego kajetu. Do dzisiaj gdzieś ten zeszyt mam. Gruby, gęsto zapisany.
Chcę powiedzieć, że aforyzm jest fascynującą pisarską przygodą. Nie zawsze wdzięczną. Lecz zwodniczość tej formy literackiej, pewna sowizdrzalskość, a czasem i apodyktyczność ma w sobie coś pociągającego. Stanowczo to nie jakieś kolejne tam warzywo na straganie giełdy.

– Bardzo pan dba o formę swoich aforyzmów. Można to też wyczytać z tych autotematycznych. Stara się pan, żeby były ostre i celne, ale również zdyscyplinowane wewnętrznie, nieprzegadane.
– Bo przegadanie to śmierć aforyzmu. Ewidentna. Czasem jeden przecinek za dużo może zawalić sprawę. Nawet te zrodzone z błysku nieraz wymagają doszlifowania. Bywa, że nieraz aforyzm ma kilka, kilkanaście (a niejednokrotnie i więcej) wersji, nim wreszcie siebie jako tako zadowolę…
Sztuka aforyzmu uwielbia sięgać po paradoks, cechuje się przewrotnością, kondensacją i świeżym postrzeganiem rzeczy nibyoczywistych. Dodajmy jeszcze odwagę, obrazoburczość i sarkazm dotyczący myślowych bryków. Dobrze skrojony aforyzm powinien dźwięczeć jak stal. Co nie wyklucza, że może być… poetycki. Celował w tym na przykład, mało u nas znany, Gomez de La Serna.
Natomiast największymi wrogami tej formy są: wtórność, rozwlekłość i banał. Epigonom wydaje się, że wystarczy zwykłe odwracanie kota ogonem lub małpowanie przysłów. A jak aforyzm powstaje? Jest w stanie nieustannego czuwania. I w przeciwieństwie do poezji nigdy mnie nie zdradza. Zżymam się, ale tak to jakoś jest.

– „Nie zdradza”?
– Od wydania wyboru wierszy „Zielony promień” w 2003 roku, nie powstał nowy wiersz. Poezja, przynajmniej czasowo, mnie „zdradziła”. Natomiast aforyzmy wciąż powstają na obrzeżach innego pisania. Gdy zbierze się trochę fiszek, pochylam się nad nimi. I maceruję.

– Ceni pan Stanisława J. Leca?
– Dlaczego akurat Leca?

– Dlatego, że Leszek Żuliński, w notce na okładce „Poradnika.”, pisze, że Lec „gdyby żył, zaprosiłby Jakóba do swej akademii”.

Lec mocno osadził się „Myślami nieuczesanymi” w świadomości kulturowej PRL-u. Trafił w swój czas. I do dziś jest pwnym punktem odniesienia. Ale miał wspaniałych poprzedników. Że wspomnę tylko o aforystach międzywojnia: Adolfie Nowaczyńskim, Stefanie Napierskim i bardzo wysoko cenionym przeze mnie Karolu Irzykowskim.

– A może dobrych aforyzmów łatwiej dziś szukać w literaturze w ogóle? W dobrej prozie, mądrych wierszach?
– Można je tam znaleźć. Zdarza się pisarzom, że „niechcący” popełniają w swojej prozie (lub wierszu) aforyzm, czyli miniutwór spełniający warunki tej formy. Trochę to jest tak jak w koszykówce. Prawie wszyscy znamy ligę amerykańską NBA. I wiemy jaką celnością rzutów wykazują się zawodowcy. A proszę wpuścić między nich amatorów.
Jednym słowem cały czas mówimy tu o aforyzmach jako odrębnej „dyscyplinie sportu”.

– Książki aforystyczne polskich autorów, które czasem dziś spotykam, dobrą literaturą można nazwać rzadko.
– Wie pan, bierze się to z pozornej łatwości tej formy. Tymczasem ma ona w sobie cholernie wiele pułapek. Nie tylko warsztatowych. Ale też, że tak powiem, osobowościowych. Bo czym innym jest umieć krytycznie postrzegać rzeczywistość, a zupełnie czym innym umieć to przekuć w słowo. Tu nie do końca sprawdza się maksyma „Trening czyni mistrza”. Owszem, ćwiczenie jest ważne, lecz bez tego nieuchwytnego czegoś, co nazywam kontaminacją umysłu i ducha. Np. skrzypce lub trąbka. Mnie Bóg pozbawił tego talentu. Jestem głuchy muzycznie. Nie to, bym nie lubił słuchać. Na przykład przecudnych solówek Charliego Parkera. Po prostu nie potrafiłbym tworzyć muzyki, choćbym nie wiem jak się starał.
Chcę przez to powiedzieć, że każdy człowiek ma w sobie jakiś twórczy dar. W ogóle ciekawość świata i twórcze podejście do życia jest przypisane naszemu gatunkowi. To niejako podstawowy warunek przetrwania na tym etapie rozwoju. Lecz nie zawsze o tym wiemy. A nawet gdy wiemy, głupio ten dar twórczości nieraz trwonimy.

– A nie nudno tak panu z tymi aforyzmami?
– gdyby nudno było, strzeliłbym sobie w łeb. Nieustannie miewam z nimi przygody. Przychodzą listy od czytelników, wiele moich aforyzmów krąży w internecie – jako motta blogów lub w osobnych zbiornikach. Zwłaszcza te o miłości mają duże wzięcie. Po części to zasługa portalu literatura.net.pl , gdzie za parę złotych kupić można elektroniczną wersję mojego zbioru aforyzmów „Jęzostrzępy”.

– Publikował pan swoje aforyzmy od czasu prasowego debiutu.
– Prawie. Pamięta pan rubryki ze złotymi myślami w rozmaitych tygodnikach lat 80.? Redaktorzy pism kradli cudze myśli, umieszczając je bez podawania źródła lub nazwiska autora. Często swoje aforyzmy tam spotykałem. Celował w tym m. in. tygodnik „Zwierciadło”. Początkowo mnie to oburzało. Ale ta anonimowość minidzieła ma zalety. I niektóre z moich myśli wracają do mnie niczym bumerang. Bywa, że w niespodziewanych okolicznościach. Lub wykorzystywane z premedytacją. Jak w przypadku znajomego menela z mojej dzielnicy, który sypie z nimi jak z rękawa, licząc na grosz dołożony do butelki…
Kiedyś aforyzmy uchroniły mnie nawet od mandatu. Śpiesząc się przechodziłem, zamiast po pasach, w poprzek skrzyżowania. Dopadł mnie policjant. Już wyciągał bloczek. Ogląda dowód i pyta zdziwiony: „Pan Jakób? Co w sercu, to i w kaszance?” Ja mu na to: W zdrowym ciele zdrowy trup. I skończyło się na pouczeniu.

– Chętnie cytuje pan swoje aforyzmy?
– Bez przesady. Ale nigdy nie pomylę swojego z cudzym.

– A z „Poradnikiem złych manier” miał pan już jakąś przygodę? Książka wyszła ledwie kilka tygodni temu.
– Przedwczoraj. Dzwonił artysta plastyk, który kupił „Poradnik…” w koszalińskiej księgarni. Złamany bólem zęba siedział w poczekalni u dentysty, poczytując wybór aforyzmów. W pewnej chwili dopadł go niepohamowany atak śmiechu, trwający podobno kilka minut. Co ciekawe, razem z ustaniem ataku śmiechu ustał też – jak ręką odjął – ból zęba.
Jaki wysnujemy z tego niedaleko idący wniosek? Że aforyzm „uleczyć” może nie tylko ducha, ale i ciało!

Rozmowa „Aforyzm nie zdradza” ADL z autorem, opublikowana w Kurierze Szczecińskim nr 27 (17 285), 7.02.2008 r.