Bliski
swoją twórczością
memu sercu

Panie Marku!

Nie mogę się powstrzymać, by po przeczytaniu Pańskich 'Migawek londyńskich' nie podziękować Panu za nie. I ja tam byłam – i nóg nie czułam. Refleksje Pana bardzo trafnie oddają atmosferę Londynu odbieraną przez pryzmat duszy myślącego i głęboko czującego swą odrębność narodową Polaka.

Tak lapidarny i wysublimowany opis sprawił mi ogromną przyjemność – wręcz radość. A zatem jeszcze raz dziękuję Panu bardzo serdecznie za te piękne, celne słowa.

Pańska cicha wielbicielka –

Sylwia ze SzczecinkaSz - k 1989,IX.3.

„Dobrą opinię o najnowszej książce L. M. Jakóba redakcja 'Głosu Pomorza' wyraziła przed dwoma laty, drukując ją w odcinkach prawie przez dwa miesiące. W druku gazetowym miała ona tytuł 'Skarb feldfebla Jonasa', w wydaniu książkowym – 'Karamarakorum'.

Było kilka powodów druku tej powieści w gazecie, następnie w formie książkowej. Pierwszy – walory artystyczne, drugi – tematyka książki. Nie wymieniono w niej nazwy miasta, gdzie toczą się zdarzenia, lecz zawarta w niej topografia, nazwa rzeki [Parsęta] i przedmieścia [Kisielice] pozwalają ustalić, że akcja toczy się w Białogardzie, w końcu lat pięćdziesiątych lub na początku sześćdziesiątych.

(…) Urok i wartość powieści Jakóba tkwi przede wszystkim w subtelnym, często poetyckim, rysunku doznań i przygód dziecka, poznawania przez nie świata, zbierania doświadczeń, za które urwis nieraz otrzymuje srogie lanie od rodziców, razy od kolegów i kary w szkole, urwis poznaje życie takim, jakie ono jest – bez upiększeń.

Poznaje ludzi o różnych charakterach i przeszłości: zdziwaczałego żołnierza z pierwszej wojny światowej, łysą Bibę, której postępowaniem gorszą się niektórzy dorośli, piekarza Splota, sprzedawcę piwa Bakę i wielu innych.

Siedmioletni chłopiec przechodzi różne wtajemniczenia. Poznaje surowe prawa, obowiązujące w grupie rówieśników, uczy się sprytu i przebiegłości, odnosi sukcesy, ponosi klęski; poznaje wartość prawdy i cenę tchórzostwa, spędza tygodnie w szpitalu, ogląda śmierć człowieka, a wszystko to wzbudza w nim ciekawość otoczenia i świata. (…)”

(Józef Narkowicz „Z lat niedawnych, egzotycznych”, Głos Pomorza nr 279, 29 – 30.11.1986)

KaramarakorumJózef Narkowicz

„(…) Pisarz całkiem świadomie tworzy w opozycji do tego, co potocznie nazywa się młodą prozą (…) W przypadku Lecha M. Jakóba opozycja do tego nurtu prozy polskiej oznacza konkretnie przyznanie czytelnikowi prawa do zajmującej lektury, a więc chęć opowiedzenia mu frapującej historii.

(…) Lech M. Jakób nie prezentuje w 'Karamarakorum' ani skłonności ekshibicjonistycznych, ani zamiłowania do bezkompromisowych wiwisekcji, ani też pretensji duszoznawczych.(…) Na świat dziecięcych zabaw patrzy się w tej książce z perspektywy człowieka dorosłego, rekonstruując dawniejsze emocje i motywy.

(…) Na świat przedstawiony w powieści składają się nie tylko opisy podwórkowych ekscesów, lecz także życie małego miasteczka na Ziemiach Odzyskanych. Wprawdzie celem utworu nie jest odtworzenie tego życia, ale wiele autentyzmu udało się pisarzowi zawrzeć w tle dziecięcych zabaw i przeżyć.

Uchroniła się ostatnia powieść Jakóba przed sielankową wizją dzieciństwa. W dziecięce życie wkradają się choroby, smutki i lęki. Bohater styka się też ze śmiercią w najbliższym otoczeniu i przeżywa ją równie mocno wtedy, kiedy dotyczy jego babci, i wtedy kiedy spotyka małomiasteczkowego dziwaka, a także wtedy, gdy ginie ulubiony kundel. A jednak 'Karamarakorum' zachowuje pogodną tonację, zaś tajemniczy tytuł powieści sugeruje, że wszystko dotyczy tego okresu w życiu człowieka, kiedy wszystko się może jeszcze zdarzyć, a w każdym razie wiele się jeszcze po świecie spodziewa: dobrego i ekscytującego.”

(Ewa Starosta „Też miałem siedem lat”, Fakty nr 35, 30.08.1986)30

KaramarakorumEwa Starosta

„(…) Ze zjawiskiem świadomego krzyżowania konwencji mamy do czynienia w 'Romskym'. Powieść ta zbudowana jest z dwóch części. Pierwszą stanowi kilkupunktowe wprowadzenie odautorskie. Drugą – niepełny [i nie wysłany przez nadawcę] list tytułowego bohatera do przyjaciela Fragmentaryczność tego pisma domaga się komentarza, tym bardziej że jest swoistą autobiografią. A zatem, urwana opowieść Romsky’ego o własnych losach niejako wywołuje ich dopowiedzenie i uzasadnia potrzebę wskazania na powody tej fragmentaryczności. Wyjaśnienia tych zagadek podjął się autor we wstępie. Tam przedstawił również kilka refleksji natury ogólnej.

(…) Relacja bohatera rozwijana jest na dwóch planach. Dramatyczne zdarzenia to przeszłość, choć w pamięci bohatera świeża i jątrząca. Czas pisania listu to czas refleksji, rachunku sumienia, wątpliwości związanych z decyzją o utrwaleniu na papierze swojego losu i myśli. Romsky nie tylko bowiem punktuje dramatyczne chwile w swej biografii, ale i próbuje dociec, dlaczego jego życie układa się tak a nie inaczej. Gdy ogarnia swą przeszłość, zagłębia się w stan swych myśli, coraz trudniej znaleźć mu uzasadnienie dla swej spowiedzi, w której sens i terapeutyczną skuteczność początkowo wierzył. Coraz trudniej również odnaleźć mu sens dla swojej egzystencji. Gorycz i żal przepełniają jego słowa: 'Nie znalazłem prawdy, nie zaznałem wolności. […] Sprawiedliwość, hardość, duma – dużo tego na talerzu'. Romsky intuicyjnie, ale trafnie wskazuje w swojej opowieści na trop, którym należałoby podążać, aby odsłonić zagadkę jego tragicznego losu. Nie chce on rozstać się z przyjętym w dzieciństwie systemem norm i obyczajów, systemem, którego nie rozmywają pułapki relatywizmu. Uparcie przy tym trwa, nie poddaje się ciśnieniu nowych norm, przekonany, że wartości najpierwsze nie mogą ulegać zmianom wraz z przemianami w otaczającym go świecie. Środki przedsiębrane przez Romsky’ego dla obrony naturalnych wartości są drastyczne, ale nie tylko on tej drastyczności jest winien.

Bohater Jakóba do końca nieomal nie godzi się ze swoim, skazanym na tragiczne rozstrzygnięcia, losem. Ta niezgoda, z jednej strony, nadaje mu sens; z drugiej jednak, motywowane nią postawy i postępki Romsky’ego sprzyjają zagładzie wartości, przy których obstaje. W tym tkwi największy tragizm losu tej postaci. (…)”

(Mirosław Lalak „Wyzwanie i wyznanie”, Nowe Książki nr 5, maj 1985, s. 29 – 30)

RomskyMirosław Lalak

„(…) Myślę, że 'Romsky' jest protestem przeciwko codziennej bezbarwnej, szarej egzystencji, w której szczególnie jednostka wrażliwa, osamotniona, pozbawiona ludzkiej życzliwości i przyjaźni, nie potrafi poradzić sobie z narastającymi wokół niej problemami i konfliktami, szamocąc się bezsilnie z przeciwnościami losu(…).”

(Emilia Górecka-Gromniak „Bunt i zmęczenie”, Tygodnik Kulturalny nr 15, 14.04.1985)

RomskyEmilia Górecka-Gromniak

„Bywają takie książki, po przeczytaniu których dominującym uczuciem jest niedosyt i bezradność przy próbie oceny. Chciałoby się powiedzieć – tylko tyle? lecz zaraz dodać – aż tyle? A jeśli przy tym twierdzić będę, że niewątpliwa oryginalność omawianej tu książki polega na użyciu dawno skostniałej, wyświechtanej aż do banału konwencji literackiej, to wszystko razem zabrzmi paradoksalnie, lecz chyba nie fałszywie.

(…) Książka jest o walce ze złem, z Fatum. Indywidualnej walce, toczonej wbrew wszelkim przeciwnościom losu i przy dezaprobacie otoczenia, o wymierzaniu sprawiedliwości sobie i innym według surowych, wyznawanych przez bohatera norm moralnych. Także o determinizmie egzystencjalnym: 'A każde działanie/ Jest krokiem na szafot, w ogień, w gardziel morza/ Albo na kamień nie do odczytania' – jak głosi motto z Eliota. Tylko tyle. Trywialne?

Jeśli jednak odrzucając fałszywy wstyd i zażenowanie, spróbujemy odwołać się do pojęć i wartości oczywistych, tak oczywistych, że przez swą jasność i prostotę łatwo zapominanych, a więc pojęcia Dobra, Zła, Prawości, Miłości, Prawdy, to z ociąganiem i niechętnie przyznamy, że to aż tyle. I chyba nie dla skompromitowania i wyszydzenia tych etycznych aksjomatów posłużył się autor zbanalizowaną konwencją [bo one wystarczająco kompromitują się na co dzień], lecz przeciwnie – dla podkreślenia ich ważności i niezbędności w życiu każdego. I dopiero na tym tle umieścił swego bohatera.

(…) Nie potrafię wyobrazić sobie Romsky’ego jako bohatera tak chętnie dziś uprawianej przez młodych autorów prozy kreacyjnej, hołdującej obscenicznemu, częstokroć jałowemu behawioryzmowi… Romsky – obcinający palec Rakojadowi, za to, że wpycha go dziewczynom w sekretne miejsce, Romsky – kaleczący siostrę za lekceważenie obowiązujących panienkę zachowań, Romsky – zabijający za obelgę, w jego mniemaniu krzywdzącą do żywego i niesłuszną. A wszystko to w poczuciu straszliwej, nie do uniknięcia konieczności.

Taka postać nie mieści się w nakreślonych przez młodoliteracką prozę ramach, a gdyby się nawet zmieściła, byłaby tragikomiczna, cała zaś książka stałaby się nieudanym persyflażem, chybionym szyderstwem, nie trafioną ironia. Toteż prowadzona na serio dyskusja z losem, przeznaczeniem [bardzo ładny, poetycki motyw dzwonów wyrokujących o życiu narodzonych dzieci], sensem istnienia naznaczonego Hiobowymi doświadczeniami [szaleństwo siostry, martwe w łonie dziecko, choroba ojca, więzienie] przenieść się musiała na przychylniejszy jej literacko grunt. Po to, by nie brzmiały dysonansem pytania o granice wierności zasadom etycznym, o cenę bezkompromisowych poczynań, sens samotnej rozpaczliwej walki z losem, społecznością zastygłą w magmowatej codzienności.

I właśnie ten przychylny dla siebie grunt znalazł Jakób w obranym konsekwentnym do końca, literackim sztafażu.

Nie wiemy, czy Romsky ginie, dlatego, że tak chce. Wiemy, że pozwala, pomaga umrzeć swemu ojcu – bo jest przekonany, że w ten sposób ocali jego godność i człowieczeństwo. Dlatego znów sam zdecyduje za las. Wolność do – oto generalne prawo człowieka.

Głęboko rozumiany egzystencjalizm organizuje warstwę myślową tej powieści i choć tak 'niemodny' jak jego forma, nadaje książce Jakóba ważkich znaczeń, bez których byłaby zbędnym literackim bibelotem.”

(Jolanta Garstecka „Był sobie drwal…”, Morze i Ziemia nr 13, 27.03.1985)

RomskyJolanta Garstecka

Bezbożna rozpacz- z przodu

Z wielkim szumem zapowiadał w swoim czasie 'Głos', że wkrótce rozpocznie druk sensacyjnej powieści młodego literata z Białogardu Lecha Marka Jakóba pt. „Skarb feldfebla Jonasa. Istotnie na stronie na której drukowany jest program telewizyjny 'idzie' ta powieść.

Owszem, napisana z werwą z – jak to się mówi – z 'ikrą'. Nie będę używać słowo 'pornografia', gdyż to słowo dzisiaj się trochę zdewaluowało. W każdym razie p. Zbigniew Nienacki znajduje godnych siebie następców. Zb. Nienacki, krytykowany za swoje grafomańskie utwory nawet przez twardogłowego D. Passenta na łamach 'Polityki'.

Lepiej użyję słowa 'estetyka'. (…) Rozmawiałem z bliskim moim krewnym lekarzem-psychiatrą. Odpowiedział mi, że 'brak estetyki zawsze się łączy z brakiem etyki'. Niewiem czy pokazywanie wzorców negatywnych przyczynia się do polepszenia ułomnej natury człowieka. Wątpię, aby wulgarny opis stosunku młodego człowieka z prostytutką, choćby ten młodzieniec poczuł potem do niej wstręt i uciekał z meliny, przyczynił się do tego, aby inny nie złożył wizyty jakiejś 'Bibie'. (…)

Czy w Waszej Redakcji nie zastanowiono się nad tym, że 'Głos' czyta młodzież a nawet dzieci?

Pozatem – ale to nie nadaje się do druku – jeśli być już koniecznie 'naturalistą', to i trzeba być i realistą. Piękny pseudonim 'Palantmachajogonem' jest zbyt długi. Podobnie nie wierzę, aby realistyczny opis włosów pani 'Biby' był prawdziwy, chyba, że nigdy nie chodziła w stroju kąpielowym. Są pewne czynności fizjologiczne niezbyt estetyczne. Nie opisuje się wszak czynności, jakich dokonuje się w ubikacji [choć są od tego wyjątki np. Norman Mailer, J. Hasek].

Moralizować i krytykować jest oczywiście łatwo. Jeśli jednak szary człowiek zasiadłby do obiadu, a przy okazji zaczął czytać opis ciała p. Biby w 'Głosie', to na pewno obiadu by nie dokończył. A przecież powieść nie powinna nikomu odbierać apetytu. O tym powinni pamiętać młodzi debiutanci literatury.

Stanisław M.dn.21.6.84r.

„Jest to dziwna książka. Splatają się w niej realia naszych czasów, wyjęte z bezpośredniego otoczenia autora z mistyką, mocami nadprzyrodzonymi. Czasami zdaje się, że to sam autor, będąc bezsilny wobec niesprawiedliwości, bezprawia, nadużyć, sięga po mistykę, aby móc bardziej skutecznie stawić czoło. Połączenie konkretu z fikcją z pogranicza science fictionchwilami razi, ale potem, zważywszy że całość jest wielką metaforą, przekonuje (…).”

(Stanisław Misakowski „Kruk najbielszy”, Tygodnik Kulturalny nr 1, 1.01.1984)

Kruk najbielszyStanisław Misakowski

Szanowny Panie,

nie wiem, czy list ten dotrze do adresata. Po prostu nie znam Pańskiego adresu. Dziewczyna, która odda Panu ten list została poinformowana tylko o tym, że mieszka Pan w Kołobrzegu i prawdopodobnie pracuje w bibliotece. Od jej woli i sprytu będzie zależało doręczenie listu.

Teraz przystąpmy do ad remu.

Czytałem 'Psy mojej młodości' i 'Kruka najbielszego'. To, że podobały mi się jest oczywiste. Inaczej nie pisałbym tego listu.

Co do poezji. Nie wszystkie wiersze są idealne, ale wszystkie przyjemnie się czyta; reprezentują równy poziom, nie ma wpadek, słabych wierszy. Zapamiętałem: 'mój syn Teodor i ja', 'w moim mieście', 'modła', 'papuga', 'zobacz kto za drzwiami', 'proces umierania przebiega pomyślnie', 'nauka', 'on jakże radosny idzie', 'nim oderwę oko od ślepego widzenia', 'jakże mam Ci wiele do powiedzenia', 'kocham śmierć', najlepsze jednak są wiersze 'podziwiam tych co odeszli' i 'mówi: jestem'.

Słowo 'zapamiętałem', użyte powyżej, nie oznacza, że nauczyłem się wymienionych utworów na pamięć, tylko, że najbardziej podobały mi się i są wyróżniające. Zdaję sobie przecież sprawę z tego, iż w tomiku nie każdy wiersz musi być armatnim wystrzałem w ucho czytelnika. Pańskie wiersze są, co rzadko się zdarza na naszym rynku, klarowne i proste. Mówi Pan o tym, co chce powiedzieć. Bez zbędnych wywnętrzeń i skomplikowanych metafor. Widać zna Pan wartość słowa. Wartość i znaczenie. Symbole są symbolami rzeczywiście, a nie symbolami tylko dla poety. Stąd wypływa zrozumiałość Pańskich wierszy, jasność i precyzyjność. Brak u Pana bełkotu, tak porządanego i namiętnie uprawianego przez wielu poetów. (…)

Co do prozy. Niestety, ale czytałem tylko 'Kruka'. Muszę Panu powiedzieć, że sprzedaż nie przebiega tak, jak należało się spodziewać. Książka leży w księgarniach [w Gorzowie, Zielonej Górze i Poznaniu], choć nie powinna. Myślę, że to wyłącznie sprawa reklamy. Ja kupiłem 'Kruka' tylko dlatego, że znałem poprzednią Pańską książkę.

'Kruk' jest bezbłędny, a finałowa scena [ucieczka Klampy], to wielkie Pańskie osiągnięcie. Co prawda książka opiera się na pomyśle, bardzo dobrym pomyśle, ale nie przeszkadza to Panu.

Pomysł nie stał się celem samym w sobie. To nie jest tylko studium psychiki człowieka w zetknięciu z nieoczekiwanymi możliwościami, jak sugerują na okładce. 'Kruk' jest przejażdżką po tłumie i jednostce. Był taki moment, gdy czytałem Pańską książkę, że myślałem o 'Czasie apokalipsy'. Myślałem, że zmierza Pan do podobnego rozwiązania. A co się stało? Jeśli wziąć pod uwagę okoliczności [tam woja, u Pana spokój, tam zwyrodnienie, u pana zwyczajni ludzie, tam zaplanowane działanie Kurtza i świadome dążenie do wielkości i okrucieństwa, u Pana przypadek i ślepy, wcale nie kierowany tłum] i miejsce [tam państwo w dżungli, niemożliwe do zdobycia, u Pana dostępna prawie dla każdego willa Klampy], to śmiem twierdzić, że Pańska apokalipsa jest bardziej przerażająca [w polskich realiach] niż tysiące petard wybuchających nad mostem. Jest sugestywniejsza od sfilmowanego ataku na wioskę żółtków. Pański Klampa, w stosunku do Kurtza jest tym, czym czterdziestoletnia kurwa w stosunku do młodej, wyrwanej z dziewiczego domu studentki pierwszego roku.

Kurtz i Klampa są jednak podobni. Tak jak owa czterdziestoletnia i owa studentka pragną kopulacji, tak Kurtz i Klampa pragną władzy. Przytłaczającej ich, niszczącej władzy. I dlatego są zmęczeni. Klampa ucieka, ale cielec został zarżnięty. Płonie przecież Kruk najbielszy, mózg Kurtza, a tylko ciało potwora ucieka.

Początkowo myślałem, że jest to nazbyt sentymentalne zakończenie, jakby autor czuł zbyt wiele sympatii do stworzonej postaci, by ją zabić. Teraz wiem, że potwór musiał uciec. Apokalipsa nie mogła się dopełnić, gdyż straciłaby miano przepowiedni. Zbyt wiele postaci musiałby Pan zabić, a to bezcelowe. Przecież świat jeszcze się nie skończył. Musi jeszcze czekać. (…)

Nie będę pisał o stronie bardziej formalnej: budowanie zdań, tworzenia napięcia itp. Są dość typowe. Można mieć również pretensje do autora, że nie dokreował lepiej pewnych postaci drugoplanowych, np. żony Klampy, dzielnicowego, przyjaciela Klampy. (…) Moim zdaniem bohaterowie książek powinni mieć cechy ponadzwyczajne i skrajne. Taki jest Klampa i jego przyjaciel z W. Postacie powinny być skondensowane, niemalże nierealne, niespotykane w tak ostrej oprawie w codziennym życiu. To jest jednakże tylko jeden z poglądów na konstruowanie bohaterów. Całość 'Kruka', jego kompozycja, zmusiła Pana do takiego, a nie innego potraktowania osób dramatu.

Dość opornie idzie mi dzisiaj wykładanie racji; muszę więc przestać.

Jeśli zdecydowałby się Pan na odpisanie, proszę o informację, nad czym obecnie Pan pracuje. Kiedy należy spodziewać się następnej książki. (…)

z Poważaniem

Dariusz M.Gorzów Wlkp, 14 grudnia 1983 r.

„Można tę powieść uznać za typową wakacyjną lekturę, przeczytać jednym tchem, docenić wartką fabułę opartą na interesującym pomyśle. (…) Gdy jednak dotrzemy do ostatnich stron książki, trudno nie postawić pytania, czy sens jej można sprowadzić wyłącznie do niezwykłych przygód głównego bohatera Andrzeja Klampy, czy tkwi on być może głębiej, będąc pytaniem nie tylko o to, co w sposób bezpośredni przynosi akcja powieści.

'Kruk najbielszy' Jakóba da się zaliczyć do tego, rozumianego tu bardzo szeroko nurtu literatury, która wprowadza element 'cudowności', pewną dawkę irracjonalizmu. Zatem gatunkowy wzorzec byłby bardzo pojemny, bo mieszczący w sobie różnego rodzaju fantastykę: od literatury demonologicznej i powieści o cudownym wynalazku po 'magiczny realizm' i fantastykę naukową. Oczywiście paralele te są najczęściej bardzo odległe, lecz baza wyjściowa jest zawsze ta sama: 'cudowność'. Powieść Jakóba byłaby jednak najbliższa nie baśni (w niej bowiem cudowność nie narusza świata rzeczywistego), lecz tym gatunkom, które wyrastając z przekonania o racjonalnym ładzie zdeterminowanego świata, prezentują w swych utworach nagłe wtargnięcie czynnika kłócącego się z tzw. zdrowym rozsądkiem. Warto w tym miejscu odwołać się do słów R. Caillos, który nad wszystkimi odmianami literatury operującej w różnym stopniu i w różnej funkcji elementem fantastycznym, buduje wspólną dla nich właściwość, wyrażającą się w 'napięciu pomiędzy tym, co człowiek może, a tym, co by chciał móc'.

Ta prawdopodobna teza odnosząca się do 'literatury nieprawdopodobnej' przystaje i do prozy L. M. Jakóba. Nie jest bowiem żartem doszukiwać się w zamyśle autora 'Psów mojej młodości' przedłużenia dziecięcych snów i marzeń o 'czapce niewidce' i innych magicznych przedmiotach. W 'Kruku najbielszym' jest nim nie zadrukowana 'książka', odpowiadająca swojemu właścicielowi na każde przezeń postawione pytanie. Posiadała ona jeszcze wiele innych niezwykłych cech, jak chociażby to, że była niezniszczalna [Klampa poddał ją 'próbie ognia i wody'], sygnalizowała zbliżające się niebezpieczeństwo, wyrażała niezadowolenie z zachowania i czynów Klampy .

Pojawienie się tajemniczej 'książki' już w pierwszych partiach powieści [bohater kupuje ją w 'nie istniejącym' antykwariacie] to wprowadzenie czytelnika 'od razu' w sedno przygód mieszkańca nadmorskiego, uzdrowiskowego miasteczka K. Ta interesująca scena zakupu pełna jest niezwykłej atmosfery, w której wszystko to, co bohatera otacza, 'znaczy' coś więcej niż dla każdego innego. Tonacja ta występuje tak wyraziście tylko raz w pierwszej części powieści. Jakób bowiem natychmiast porzuca to, co byśmy mogli nazwać budowaniem nastroju, 'gęstnieniem' przestrzeni. Narracja prowadzona jest jak w konwencjonalnej prozie realistycznej, a 'książka', pomimo swej tajemniczej mocy, jest jakby uzwyczajniana, oswajana.

(…)’Kruk najbielszy' to powieść, której sensy wykraczają jednak poza opowiedzenie fabuły oraz poza banalne pochwały i zarzuty. Docierając więc na koniec do głębszej warstwy znaczeniowej prozy Jakóba, do jej parabolicznego wymiaru, warto przyjrzeć się temu, co moglibyśmy nazwać prowizorycznie 'ideą książki'. Jakób umieszcza ją [ale przewrotnie] jakby w sferze sacrum, samym tytułem podkreślając, że nie chodzi tu tylko o bibliofilski 'biały kruk'. Obdarza 'książkę' określeniem 'najbielsza', a więc wartościuje dodatnio, nie tylko podkreślając jej wyjątkowość, ale i humanizujące znaczenie. Autor doprowadza nas jednak do posępnego finału [jest nim zniszczenie biblioteki]. (…) Finału, który musiał nastąpić, bo zawsze degradacja człowieka obraca się przeciw kulturze, przeciw sumieniu kultury.

L. M. Jakób nie rozwiązuje jednak tego problemu w sposób tak prosty. Dzieje Andrzeja Klampy to przecież także przykład zniewolenia 'ideą książki'. Jego pierwszym aktem był wybór między żoną Anną a swoją bibliofilską pasją [woli rozwód niż rezygnację z książek]. I gdy pojawia się w jego życiu 'najbielszy kruk', zdaje sobie sprawę, że będzie 'musiał za to wszystko zapłacić'. Ironia autora dotyczy tu także tego sposobu bycia inteligentnym, który jest typem człowieka przeżywającego kulturę przed rzeczywistością.

Tajemnicza 'książka' stawia jednocześnie bohatera powieści w sytuacji nieustannego etycznego wyboru: stając się nie tylko dobrą, ale i złą pokusą, której ostatecznie ulega. Musi ulec, bo jest człowiekiem, za którym nic nie stoi, który choruje na brak wartości, który swoje biblioteczne regały stawia nad człowiekiem. Dlatego musi ulec innej mocy słowa – mocy, która wyzwala w człowieku zło.

'Pułapka książki' to możliwość nieograniczonego korzystania z własnej mocy i rezygnacja z przekonania, iż istnieje coś, czego nie wolno zrobić. Bliżsi prawdy będziemy jednak, gdy dostrzeżemy iż pułapka ta wynika także ze struktury świata przedstawionego w 'Kruku najbielszym'.

(…) Wiele z przedstawionych przez Jakóba mechanizmów społecznych interakcji da się prawdopodobnie skonkretyzować w miarę rosnących odwołań czytelnika do własnych doświadczeń. Czy w tych rozważaniach możemy pójść i twierdzić, że 'książka' jest metaforą nieograniczonych możliwości penetracji każdego człowieka? Czy możemy mówić, że jest to nie tylko fikcja, którą można odczytać parabolicznie, poza konkretną przestrzenią i czasem, lecz także fikcja istniejąca rzeczywiście [’nierzeczywistość'!], jako stały element składowy stosunków społecznych?

Prawdopodobnie powieść L. M. Jakóba uznana zostanie za jeden z najciekawszych debiutów prozatorskich roku 1983. Jej wartość nie tkwi jednak w giełdowych przypuszczeniach, lecz w niepokoju, który wywołują opowiedziane przez pisarza losy prowincjonalnego karła, stającego się 'olbrzymem' ” (…).

(Zbigniew Pakuła „Budowanie i rozpad”, Po brzeże nr 13, wrzesień 1983)

Kruk najbielszyZbigniew Pakuła