O poezji – słów kilka

„Rozmaitymi drogami chadza poezja wodząc na smyczy poetów. Jednym jawi się siłą magiczną, której to oprzeć się nie sposób, inni zaś chcą w niej widzieć li tylko sługę. tym ostatnim daję odpór. Trudno bowiem wyobrazić sobie, by wolę twórczą gwałciła wątpliwej kondycji dyspozycyjność. Dusi się i ginie przy próbach presji z zewnątrz. Mówię o tym nie bez kozery. Ileż wokół fałszu, na iluż koniach usiłują jeździć poszczególni poeci. Gorzko na samą myśl, że poezję sprowadza się do powolnego okolicznościom narzędzia.Myślę, iż nic tego nie usprawiedliwia. Być, bywać poetą – oto misja bez ram i przestrzeni. Niezależność, wierność prawdzie, a przede wszystkim sobie, doza pokory (tak!) wobec człowieka, wreszcie godność – oto wyznaczniki prawdziwej poezji. Wiem, brzmi to nieco banalnie, lecz tak się składa, że o podstawowych sprawach przychodzi nam mówić. Poezja to sól literatury, nie cukier.

Gdy w piersi pali się płomień, niektórzy usiłują przypalać od niego papierosy. Bóg z nimi. Nie wpadnę w patos stwierdzając, iż rozliczy ich własne sumienie. Podobno istnieje coś takiego i nie jest to wynalazek ostatnich czasów.

Jaka jest moja poezja? Nie wiem. W każdym razie nie roszczę sobie pretensji do rządu dusz. Raczej podważam chitynowy pancerz skóry, by wrzucić w otwartą ranę szczyptę soli. Dla jednych mała skala, dla innych duża. Przy należytym punkcie odniesienia znajdziemy tę postawę w prawidłowym wymiarze.

Nie jest to również kwestia poetyki, ani natężenia głosu. Nawet jeśli wołam, to nie dla samego krzyku. Rzecz można próbować sprowadzić do podstawowej uczciwości – prostego wejrzenia w oczy. Kto kłamie, musi spuścić wzrok.”

(„O poezji – słów kilka”, Głos Pomorza nr 119, 18 – 20.06.1982)

Ankieta

Redakcja ‚Poezji’ zwróciła się do kilkudziesięciu znanych polskich poetów z prośbą o udział w ankiecie. Pytania dotyczyły problemów istotnych dla współczesnej poezji polskiej – jej obecności, znaczenia i perspektyw. Odwoływały się zarazem do indywidualnych doświadczeń twórczych i własnego dorobku poetyckiego.

Jak Pan (Pani) ocenia rolę poety i poezji we współczesnym wiecie? Jaka będzie ona w przyszłości?
Które z pańskich przesłań poetyckich skierowanych do współczesnego człowieka uważa Pan (Pani) za najważniejsze?
Które z wierszy, książek, stylów lub prądów do dziś zachowały dla Pana (Pani) świeżość i aktualność?
Prosimy o wskazanie tych wydarzeń osobistych – generacyjnych i społecznych, które najbardziej zainspirowały Pana (Pani) twórczość.
„(…) Poezja. Poezja! Te czasy! Te eufemizmy! Rola poezji we współczesnym świecie. A współczesny świat w poezji jaki? (…) Sprawa jest zawikłana, śliska i dwuznaczna w wydźwięku. Poezja bowiem trafiła w okres jałmużny i bandytyzmu duchowego. Zabijamy siebie i swoje wnętrza atrapami, nędznymi surogatami uczuć, myśli, powierzchownymi przeżyciami. Tak to jest, bywa i bywało w historii: gdy pęcznieje kałdun i rośnie w siłę pięść – karłowacieje dusza. Dobrze od czasu do czasu odświeżyć sobie pewne banały, które – przynajmniej w wymiarze duchowym – banałami przecież nie są!

A konkretnie u nas? W naszym kraju poetów ‚jak psów’. Gdziekolwiek splunąć, tam poeta. Tylko czy coś z tego wynika? Niewiele, jeśli nie nic zgoła. Większość bowiem poetów to nie poeci, a przytłaczająca góra poezji okazuje się wprawdzie górą, ale… makulatury. Przeważają imitacje, sztuczki. Szerzy się choroba p o e c t w a. Bardzo mało jest utworów oryginalnych, dobrych artystycznie i wypełnionych istotną dla naszego bytu treścią. Dominują sprawni wymyślacze wierszy, które – przy bliższym oglądzie – okazują się wewnątrz puste, jeno mieniące się inkrustacją zręcznej formy. A to źle owocuje – zniechęca i tak zdezorientowanych czytelników.

Kto sądzi, że poezja może zbawić świat, ten jest egzaltowanym idiotą. Kto w poezji chce widzieć panaceum na bolączki świata – winien co prędzej poddać się badaniom psychiatrycznym. Komu poeta jawi się niepodzielnym duchowym królem literatury – już topi się w morzu bredni, z niewielkimi szansami na ratunek. Jednak… Jednak coś w tym jest! Bez poezji świat jałowieje i głupieje. Bez poetów świat traci świetlny wymiar. Brak dobrego wiersza może być taką samą klęską dla duszy, jak nadmierny upust krwi dla ciała. I bądź tu mądry. I pisz wiersze…

No cóż, może poezja nie pozwala lepiej żyć. Ale bez wątpienia można z nią żyć pełniej, prawdziwiej. Nie demonizuję tzw. roli poezji w życiu powszednim. Fakt, dla mnie, osobiście, ma znaczenie szczególne. Jest tym, co nadaje sens memu istnieniu. I do szału doprowadzają mnie różnoracy kastraci pióra, którzy stwierdzają z prostacką intonacją w głosie: poezji nie ma, poezja się skończyła, przyszłość przed nią gorzej niż żadna!

Bez wątpienia poeta nie jest ani mądrzejszy, ani inteligentniejszy, ani też bogatszy duchowo od odbiorcy, czytacza. Stwierdzenie podobne byłoby kolosalnym nieporozumieniem, bałamuctwem. Jedynym, co go wyróżnia, jest ten dar mówienia, przemawiania do drugiego człowieka głosem odmiennym, wyjątkowo ostro wśrubowującym się w pokłady emocjonalne i duchowe, także estetyczne, każdego z nas.

Poza tym – poeta ma szczególnie wyostrzoną świadomość. Szczególnie i w sposób szczególny. Bywa, że swoją wizją ogarnia więcej niż odbiorca jest w stanie dostrzec na co dzień. Czasem przejmuje funkcję sumienia, sam się niejednokrotnie zadręczając nie tylko własnymi upadkami. Niechaj drobną ilustracją tego będzie tekst pt. ‚Biurko’ z tomu RZECZY, nad którym obecnie pracuję. Ilustracją może niepełną, ale znamienną.

Gdy siada za mną, głowę chwyta w dłonie.
I w tej pozycji trwać może długo,
w mój blat wpatrzony wzrokiem niewidzącym.
Często pięścią uderza, trzaska szufladami,
na których dnie żółkną maszynopisy.
Jest poetą. Niestety, cierpieć nie umie.
Przez nadwrażliwość
każdy ból rozrywa go na miliony kawałków.
Niepogodzony ze światem i sobą
płodzi czasem dzieło, jak stwierdza z ironią
‚na cześć i chwałę ludzkiego imienia’.
Ileż on tajemnic nade mną wyszeptał!
Jak nieraz czule dotykał mnie, wręcz pieścił!
Ale to minęło. Pije.
Coraz rzadsze u niego nawroty dobrego humoru.
Ostatnią swoją książką bił we mnie tak długo,
póki nie pękł jej grzbiet, rozsypując karty.
Chyba wiem, co go gryzie. To beznadziejne.
Jego samotności nic nie zwycięży.
Przeczuwam, właściwie pewne jestem,
że w jednym z najbliższych ataków szału
porąbie mnie i spali.
Nie mam o to pretensji.
Jestem biurkiem poety
– a to zobowiązuje.
Rzecz jasna jest to widzenie jednostkowe, wybiórcze, przetrawione literacko. Poza tym – poeta nie tylko ‚cierpi za miliony’. I jeśli jest w nim coś z masochizmu, to tyle samo przynajmniej z czystej radości życia pełnią. Osobiście nie potrafię żyć, działać, pisać połowicznie. Nie interesuje mnie trwanie ciepło-zimne. Chłonę świat całym sobą, wszystkimi porami i biorę go takim… jaki jest. Z jego wadami, trwogą, bólem, ale i szczęściem, którego małe okruchy rozsypane są wszędzie, niczym samorodki złota w ziemi. Trzeba tylko umieć patrzeć, wiedzieć kiedy się schylić po coś, nad czym inni przejdą mimo.

O tym piszę, tego dotykają moje wiersze (i nie tylko wiersze). Generalniej mówiąc: interesują mnie przede wszystkim miłość i… śmierć. Tak. Śmierć i miłość. I jedna, i druga wytycza drogi życia prywatnego i pisarskiego. Wszystko ku temu zmierza lub wokół tego grawituje w luźniejszych lub silniejszych związkach. Nie miejsce tu jednak rozważać to bliżej.

W każdym razie – jeśli wrócić do drugiego pytania ankiety – takie jest moje przesłanie. Pamięć o śmierci, jej istocie, znaczeniu dla człowieka (bez egzaltacji, strachu, całego bagażu uprzedzeń z tym związanych), jakie ubogaca i podnosi wyżej miłość. I odwrotnie. Miłość (zarówno szerzej pojęta, jak i ta międzyludzka) otwiera duszę na świat, dźwiga z życiowych bagien i przydaje godności śmierci – która, przynajmniej dla mnie, jest, by tak rzec, jedynie przemeldowaniem w inny świat.

Wiersze, książki, style, prądy tylko wtedy zachowują dla mnie świeżość i wieczną aktualność, gdy drążą świat od fundamentów, tykają prawd nieprzemijalnych i czynią to w sposób przekonywający artystycznie oraz wzbogacający mnie. W nosie mam wszelkie mody, ciekawostki czy literackie wypociny niektórych okrzyczanych mistrzów pióra. Niech to będzie nawet rzecz mała, ale dobrze podana. Bez szpanerstwa i nabzdyczania się czy to politycznego, czy to społecznego, czy też estetycznego.

Poezja trwała i trwać będzie po wsze czasy. Zmieniać się będzie jedynie forma. Była i będzie potrzebna. Żadne krakanie i kwękanie nic tu nie zmieni. Dopóki istnieje świat, będą istnieć poeci. Gdyby zginęli poeci – świat usechłby jak gałąź chorego drzewa – powiedzmy nieco pompatycznie, ale sympatycznie. Humor też jest potrzebny. No, powiedzmy, pogoda ducha.

Inspiruje mnie w twórczości to, czym żyję, czyli życie. Całe życie, które jest dla mnie nieustannym wstrząsem, pełnią. Książki, śmierć, miłość. Moje dzieci. Ból brzucha. Deszcz. Wszystko. (…)”

(Poezja nr 7, lipiec 1987)

WIERSZ

Felieton literacki opublikowany na łamach kwartalnika „Łabuź” (nr 53 czerwiec 2005)

WIERSZ

O wierszu teraz mowa. O jakim? O wierszu białym, karmelkowym, aliteracyjnym, melicznym, stychicznym może? Lub nieregularnym? Sylabotonicznym? Albo też zdaniowym? Gradem podobnych pytań uderzyłby dociekliwy literaturoznawca. By potem dużo powiedzieć między innymi o rozmaitości systemów wersyfikacyjnych, intonacji, znaczeniu przerzutni, zasadach regresywności uporządkowania akcentowego i Bóg wie  o czym mądrym jeszcze.

Gdy tymczasem ja tu tylko parę słów o wierszu jako takim. O zjawisku wiersza. O cudzie poetyckiego słowa – bez naukowych szkieł. Czym w ogóle jest i jak go należy pisać, to jest tworzyć. Co najistotniejsze.

 

Oczywistym wydaje się, że ilu poetów, tyle recept poznamy. Lecz z chęcią wysłuchiwane bywają głosy twórców znaczących. Do takich niewątpliwie należy Jan Twardowski. Wybrałem jego wypowiedź, gdyż zawiera – niby w pigułce – ważne spostrzeżenia.

Zatem co radzi Jan Twardowski? Powiada:

Najważniejsza rzecz, aby mówić własnym językiem, nie udawać nowoczesnego, nie naśladować. Pisać tak, jakby się mówiło do kogoś bliskiego, by podzielić się z nim swoim zachwytem, wzruszeniem, zdziwieniem.

Dobre wiersze muszą być poszukiwaniem tajemnicy, posługiwać się językiem niedomówień, unikać patosu, z nutą humoru.*

Mamy tu ukryty apel o powściągliwość w szastaniu słowem.  O zwracanie uwagi na pułapki koturnowości i za wysokiego „c”. Znalazł się także postulat mówienia od siebie, nie głosem zapożyczonym. Wreszcie widać znaczenie dystansu wobec ego (wentyl humoru).

Bo w rzeczy samej, nie jest ważne jaką formę wiersza obierzemy (tę podszepnie nam intuicja), mało istotnym się wydaje sposób doboru słów (byle świeże, niewytarte), warsztat (doszlifuje z czasem) – ważne jedynie, by poddać się refleksji i dopuścić do siebie wołanie ze środka. Z Twojego wnętrza. Gdyż tam wszystko się odbywa – w Twojej głowie i w Twoim sercu – nie na zewnątrz. Na zewnątrz jedynie zgiełk. A bez koniecznego wyciszenia niczego nie dowiesz się ani o świecie, ani o Twoim ja.

Wartałoby jeszcze dodać: poznanie! Prawdziwy poeta, terminator poezji, winien znać, co przed nim w poezji było. Jak wiersze tworzono. Po cóż na przykład wyważać już dawno otwarte drzwi. Czyli lektury. Wejście w światy poprzedników.

 

Powie ktoś: no dobrze, już wiem. Ale nadal czuję się niepewnie. Czytam. Dużo czytam, dużo myślę, piszę, cyzeluję… Jednak po czym poznać, że ten wiersz jest  t y m   w i e r s z e m?

Fakt, powyższa wiedza to nie wszystko. Cóż z tej wiedzy, skoro na przykład talentu brak? Przecież między chęcią bycia poetą, a byciem poetą jest zasadnicza różnica. Głęboki dół. Podobnie jak między tekstem, który wiersz udaje, a wierszem prawdziwym.

I tu zaczynamy ocierać się o nieodgadnione. To już wyższa szkoła jazdy. Szkoła jazdy duchowej i emocjonalnej. A rozum tam nie sięga.

Wkraczasz teraz poeto na pole minowe.

Tu nikt niczego Ci nie zagwarantuje. Nikt niczego nie obieca. Nikt niczego za Ciebie nie zrobi, ani za Ciebie nie przeżyje.

Tylko Ty, Ty jeden o sobie wiesz, o sobie stanowisz.

Twoją Biblią na drodze wiersza staje się Twój niepodrabialny, niepowtarzalny Duch.

 

Na te ułamki sekund stajesz się demiurgiem. Ty powołujesz do istnienia nowy byt. Bo wiersz,  każdy prawdziwy wiersz, jest nowym bytem, odrębnym światem. Bo każdy wiersz, niechby kwadratowy, zósemkowany, lunatyczny lub chromy, jest koroną literackiego stworzenia.

Jednak tworząc świat, za ten świat jednocześnie bierzesz odpowiedzialność. To jest niezbywalny przywilej, ale i obowiązek każdego (s)twórcy.

Oczywiście, masz prawo odczuwać lęk, nawet ból. Ale powinieneś też w takiej sytuacji doświadczać radości. Bo tworzenie jest radością z pogranicza sacrum. Jak u kamieniarza artysty, któremu omdlewają ręce od kucia, ale jednocześnie jego dusza śpiewa.

I w tym momencie, w takim momencie, autopytania i wątpliwości znikają. Znalazłeś drogę. Nie musisz nic wymyślać, rozumowo komplikować. Gdyż za rękę nie Ty, lecz wiersz Ciebie poprowadzi.

I już w domu wiersza jesteś.

* – Jan Twardowski „Łaską zdumiony. Moje szczęśliwe wspomnienia”, PAX, Warszawa 2002

Jaki jesteś srebrny gwoździu?

Głos w dyskusji opublikowany na łamach miesięcznika literackiego „Akant”

Jaki jesteś srebrny gwoździu?
(kilka uwag)

I

Pytanie „Jaka jesteś współczesna poezjo?” przypomina pytanie z gatunku „Jaka jesteś kalarepo?” lub „Jaki jesteś srebrny gwoździu?”
Jaki jest koń, każdy widzi. Wszelako koń nie poezja. A ona sama najlepiej za siebie mówi. Reszta to dookolne komentarze, przysłowiowe bicie piany i jakaś tam zabawa kulturowa. Lub zwykłe ćwiczenia lingwistyczne – co kto woli.

II

Worek pytania jest bardzo pojemny i nie sposób odpowiedzieć wyczerpująco – jeśli już spróbujemy. Pozostaje skupić się na kilku wybranych punktach w telegraficznym skrócie.
Możemy na przykład martwić się o język i stylistykę współczesnej krajowej poezji. Dokonać egzegezy. Ująć konteksty filozoficzne i etyczne. Rozwinąć dywan ciągłości historii literatury.
Możemy zacząć utyskiwać na sztuczne podziały oraz mody, koteryjność środowisk twórczych.
Możemy ująć rzecz z punktu widzenia jednostki, personifikując; podzielić się własnymi oczekiwaniami, kompleksami, wizjami.
Możemy roztrząsać sprawę bariery językowej i kłopotów związanych z przekładami utworów na inne języki.
Możemy trochę pomarudzić o odbiorze społecznym poezji i ewentualnym wpływie (lub braku tegoż wpływu) na życie codzienne.
Możemy też porozmawiać o nośnikach. O roli tak zwanych masowych mediów i sposobach rozpowszechniania sublimowanego wytworu słowa (papier, eter, Internet).
A to tylko wierzchołek góry lodowej.

III

Zatrzymajmy się na chwilę przy bardziej szczegółowym pytaniu o miejsce poezji wśród innych dziedzin sztuki. To bardzo ciekawe. Zastanowić się nad tym, co oznaczają piętna poetyckie choćby w muzyce i malarstwie? Jak się ma do siebie wzajemne przenikanie wspomnianych dziedzin. Czy trzeba operować wyłącznie słowem, by poezja zaistniała?
I jakie są atrybuty poezji (w tym i współczesnej, cokolwiek ów przymiotnik ma oznaczać), która – z punktu widzenia poety – zdaje się niepodzielnie panować nad wszelką twórczością pisaną?

IV

Co warto chronić w poezji i dla poezji?
Czy – zakładając, że jest darem jednym z pierwszych, tajemnicą i trwałym niespełnieniem – spodziewać się po niej możemy żywota wiecznego?
Czy wreszcie: poezja posiada moc sprawczą?
jakąś własną odpowiedź. Każdy czytelnik. Każdy Oto garść pytań, na które każdy poeta ma w duchu krytyk. Jakże często odmienną. I nie ma co marzyć o uniwersalnej wykładni.

V

A przecież nie powiedziałem jeszcze ani słowa o wymiarze metafizycznym inkryminowanej. Nie wspomniałem o bólu towarzyszącym grzebaniu się w rejonach pozafizycznych. Nawet koniuszkiem palca nie tknąłem sacrum.

VI

Wolę mnożyć pytania, niźli na nie odpowiadać.
Lub powtórzmy za Pitagorasem: „Trzeba milczeć albo mówić rzeczy lepsze od milczenia”.
Bowiem posiłkowanie się truizmami chyba nie leży w naturze nas – twórczych wyrobników.

VII

A zatem – by uniknąć zarzutu stosowania zwodów – na pytanie „Jaki jesteś srebrny gwoździu?” odpowiem w jego imieniu nieco sarkastycznie: jestem na tyle długi i mocny, by wbić się w zdrewniałą pałę rzeczywistości, no i metal szlachetny ze mnie.
Mamy tu odpowiedź równie uprawnioną, jak każda inna.

(„Jaki jesteś srebrny gwoździu?”, Akant nr 4, kwiecień 2000)