Redakcja ‚Poezji’ zwróciła się do kilkudziesięciu znanych polskich poetów z prośbą o udział w ankiecie. Pytania dotyczyły problemów istotnych dla współczesnej poezji polskiej – jej obecności, znaczenia i perspektyw. Odwoływały się zarazem do indywidualnych doświadczeń twórczych i własnego dorobku poetyckiego.

Jak Pan (Pani) ocenia rolę poety i poezji we współczesnym wiecie? Jaka będzie ona w przyszłości?
Które z pańskich przesłań poetyckich skierowanych do współczesnego człowieka uważa Pan (Pani) za najważniejsze?
Które z wierszy, książek, stylów lub prądów do dziś zachowały dla Pana (Pani) świeżość i aktualność?
Prosimy o wskazanie tych wydarzeń osobistych – generacyjnych i społecznych, które najbardziej zainspirowały Pana (Pani) twórczość.
„(…) Poezja. Poezja! Te czasy! Te eufemizmy! Rola poezji we współczesnym świecie. A współczesny świat w poezji jaki? (…) Sprawa jest zawikłana, śliska i dwuznaczna w wydźwięku. Poezja bowiem trafiła w okres jałmużny i bandytyzmu duchowego. Zabijamy siebie i swoje wnętrza atrapami, nędznymi surogatami uczuć, myśli, powierzchownymi przeżyciami. Tak to jest, bywa i bywało w historii: gdy pęcznieje kałdun i rośnie w siłę pięść – karłowacieje dusza. Dobrze od czasu do czasu odświeżyć sobie pewne banały, które – przynajmniej w wymiarze duchowym – banałami przecież nie są!

A konkretnie u nas? W naszym kraju poetów ‚jak psów’. Gdziekolwiek splunąć, tam poeta. Tylko czy coś z tego wynika? Niewiele, jeśli nie nic zgoła. Większość bowiem poetów to nie poeci, a przytłaczająca góra poezji okazuje się wprawdzie górą, ale… makulatury. Przeważają imitacje, sztuczki. Szerzy się choroba p o e c t w a. Bardzo mało jest utworów oryginalnych, dobrych artystycznie i wypełnionych istotną dla naszego bytu treścią. Dominują sprawni wymyślacze wierszy, które – przy bliższym oglądzie – okazują się wewnątrz puste, jeno mieniące się inkrustacją zręcznej formy. A to źle owocuje – zniechęca i tak zdezorientowanych czytelników.

Kto sądzi, że poezja może zbawić świat, ten jest egzaltowanym idiotą. Kto w poezji chce widzieć panaceum na bolączki świata – winien co prędzej poddać się badaniom psychiatrycznym. Komu poeta jawi się niepodzielnym duchowym królem literatury – już topi się w morzu bredni, z niewielkimi szansami na ratunek. Jednak… Jednak coś w tym jest! Bez poezji świat jałowieje i głupieje. Bez poetów świat traci świetlny wymiar. Brak dobrego wiersza może być taką samą klęską dla duszy, jak nadmierny upust krwi dla ciała. I bądź tu mądry. I pisz wiersze…

No cóż, może poezja nie pozwala lepiej żyć. Ale bez wątpienia można z nią żyć pełniej, prawdziwiej. Nie demonizuję tzw. roli poezji w życiu powszednim. Fakt, dla mnie, osobiście, ma znaczenie szczególne. Jest tym, co nadaje sens memu istnieniu. I do szału doprowadzają mnie różnoracy kastraci pióra, którzy stwierdzają z prostacką intonacją w głosie: poezji nie ma, poezja się skończyła, przyszłość przed nią gorzej niż żadna!

Bez wątpienia poeta nie jest ani mądrzejszy, ani inteligentniejszy, ani też bogatszy duchowo od odbiorcy, czytacza. Stwierdzenie podobne byłoby kolosalnym nieporozumieniem, bałamuctwem. Jedynym, co go wyróżnia, jest ten dar mówienia, przemawiania do drugiego człowieka głosem odmiennym, wyjątkowo ostro wśrubowującym się w pokłady emocjonalne i duchowe, także estetyczne, każdego z nas.

Poza tym – poeta ma szczególnie wyostrzoną świadomość. Szczególnie i w sposób szczególny. Bywa, że swoją wizją ogarnia więcej niż odbiorca jest w stanie dostrzec na co dzień. Czasem przejmuje funkcję sumienia, sam się niejednokrotnie zadręczając nie tylko własnymi upadkami. Niechaj drobną ilustracją tego będzie tekst pt. ‚Biurko’ z tomu RZECZY, nad którym obecnie pracuję. Ilustracją może niepełną, ale znamienną.

Gdy siada za mną, głowę chwyta w dłonie.
I w tej pozycji trwać może długo,
w mój blat wpatrzony wzrokiem niewidzącym.
Często pięścią uderza, trzaska szufladami,
na których dnie żółkną maszynopisy.
Jest poetą. Niestety, cierpieć nie umie.
Przez nadwrażliwość
każdy ból rozrywa go na miliony kawałków.
Niepogodzony ze światem i sobą
płodzi czasem dzieło, jak stwierdza z ironią
‚na cześć i chwałę ludzkiego imienia’.
Ileż on tajemnic nade mną wyszeptał!
Jak nieraz czule dotykał mnie, wręcz pieścił!
Ale to minęło. Pije.
Coraz rzadsze u niego nawroty dobrego humoru.
Ostatnią swoją książką bił we mnie tak długo,
póki nie pękł jej grzbiet, rozsypując karty.
Chyba wiem, co go gryzie. To beznadziejne.
Jego samotności nic nie zwycięży.
Przeczuwam, właściwie pewne jestem,
że w jednym z najbliższych ataków szału
porąbie mnie i spali.
Nie mam o to pretensji.
Jestem biurkiem poety
– a to zobowiązuje.
Rzecz jasna jest to widzenie jednostkowe, wybiórcze, przetrawione literacko. Poza tym – poeta nie tylko ‚cierpi za miliony’. I jeśli jest w nim coś z masochizmu, to tyle samo przynajmniej z czystej radości życia pełnią. Osobiście nie potrafię żyć, działać, pisać połowicznie. Nie interesuje mnie trwanie ciepło-zimne. Chłonę świat całym sobą, wszystkimi porami i biorę go takim… jaki jest. Z jego wadami, trwogą, bólem, ale i szczęściem, którego małe okruchy rozsypane są wszędzie, niczym samorodki złota w ziemi. Trzeba tylko umieć patrzeć, wiedzieć kiedy się schylić po coś, nad czym inni przejdą mimo.

O tym piszę, tego dotykają moje wiersze (i nie tylko wiersze). Generalniej mówiąc: interesują mnie przede wszystkim miłość i… śmierć. Tak. Śmierć i miłość. I jedna, i druga wytycza drogi życia prywatnego i pisarskiego. Wszystko ku temu zmierza lub wokół tego grawituje w luźniejszych lub silniejszych związkach. Nie miejsce tu jednak rozważać to bliżej.

W każdym razie – jeśli wrócić do drugiego pytania ankiety – takie jest moje przesłanie. Pamięć o śmierci, jej istocie, znaczeniu dla człowieka (bez egzaltacji, strachu, całego bagażu uprzedzeń z tym związanych), jakie ubogaca i podnosi wyżej miłość. I odwrotnie. Miłość (zarówno szerzej pojęta, jak i ta międzyludzka) otwiera duszę na świat, dźwiga z życiowych bagien i przydaje godności śmierci – która, przynajmniej dla mnie, jest, by tak rzec, jedynie przemeldowaniem w inny świat.

Wiersze, książki, style, prądy tylko wtedy zachowują dla mnie świeżość i wieczną aktualność, gdy drążą świat od fundamentów, tykają prawd nieprzemijalnych i czynią to w sposób przekonywający artystycznie oraz wzbogacający mnie. W nosie mam wszelkie mody, ciekawostki czy literackie wypociny niektórych okrzyczanych mistrzów pióra. Niech to będzie nawet rzecz mała, ale dobrze podana. Bez szpanerstwa i nabzdyczania się czy to politycznego, czy to społecznego, czy też estetycznego.

Poezja trwała i trwać będzie po wsze czasy. Zmieniać się będzie jedynie forma. Była i będzie potrzebna. Żadne krakanie i kwękanie nic tu nie zmieni. Dopóki istnieje świat, będą istnieć poeci. Gdyby zginęli poeci – świat usechłby jak gałąź chorego drzewa – powiedzmy nieco pompatycznie, ale sympatycznie. Humor też jest potrzebny. No, powiedzmy, pogoda ducha.

Inspiruje mnie w twórczości to, czym żyję, czyli życie. Całe życie, które jest dla mnie nieustannym wstrząsem, pełnią. Książki, śmierć, miłość. Moje dzieci. Ból brzucha. Deszcz. Wszystko. (…)”

(Poezja nr 7, lipiec 1987)