„Rozmaitymi drogami chadza poezja wodząc na smyczy poetów. Jednym jawi się siłą magiczną, której to oprzeć się nie sposób, inni zaś chcą w niej widzieć li tylko sługę. tym ostatnim daję odpór. Trudno bowiem wyobrazić sobie, by wolę twórczą gwałciła wątpliwej kondycji dyspozycyjność. Dusi się i ginie przy próbach presji z zewnątrz. Mówię o tym nie bez kozery. Ileż wokół fałszu, na iluż koniach usiłują jeździć poszczególni poeci. Gorzko na samą myśl, że poezję sprowadza się do powolnego okolicznościom narzędzia.Myślę, iż nic tego nie usprawiedliwia. Być, bywać poetą – oto misja bez ram i przestrzeni. Niezależność, wierność prawdzie, a przede wszystkim sobie, doza pokory (tak!) wobec człowieka, wreszcie godność – oto wyznaczniki prawdziwej poezji. Wiem, brzmi to nieco banalnie, lecz tak się składa, że o podstawowych sprawach przychodzi nam mówić. Poezja to sól literatury, nie cukier.

Gdy w piersi pali się płomień, niektórzy usiłują przypalać od niego papierosy. Bóg z nimi. Nie wpadnę w patos stwierdzając, iż rozliczy ich własne sumienie. Podobno istnieje coś takiego i nie jest to wynalazek ostatnich czasów.

Jaka jest moja poezja? Nie wiem. W każdym razie nie roszczę sobie pretensji do rządu dusz. Raczej podważam chitynowy pancerz skóry, by wrzucić w otwartą ranę szczyptę soli. Dla jednych mała skala, dla innych duża. Przy należytym punkcie odniesienia znajdziemy tę postawę w prawidłowym wymiarze.

Nie jest to również kwestia poetyki, ani natężenia głosu. Nawet jeśli wołam, to nie dla samego krzyku. Rzecz można próbować sprowadzić do podstawowej uczciwości – prostego wejrzenia w oczy. Kto kłamie, musi spuścić wzrok.”

(„O poezji – słów kilka”, Głos Pomorza nr 119, 18 – 20.06.1982)